Noc w kompleksie handlowym.

02-12-2011, Melbourne

Noc w kompleksie handlowym.

Jest bardzo późny wieczór. Jadę samochodem przez nieznane mi miasteczko. Na ulicach nie uświadczy żywego ducha. Gdzieniegdzie przy drogach stoją zaparkowane samochody. Szukam miejsca, gdzie mógłbym się zatrzymać i jeżdżę tak, aby nie oddalać się zbytnio od centrum. Nigdzie nie mogę znaleźć wolnego parkingu. Jeśli już udaje mi się wypatrzeć wolne miejsce, to szybko okazuje się, że znajduje się tam zakaz parkowania i moje poszukiwania zaczynają się od nowa.

W pewnym momencie dostrzegam wjazd na parking podziemny. Wjeżdżam w dół. Parking jest całkowicie opustoszały. Cieszy mnie to niezmiernie. W końcu mają się skończyć moje uporczywe poszukiwania miejsca, gdzie mogę się zatrzymać i wysiąść z samochodu. Zatrzymuję się na jednym z wyznaczonych miejsc i wysiadam z wozu.

Moją uwagę jednak przykuwa napis oznajmiający, że na terenie parkingu podziemnego nie wolno parkować po godzinie dziesiątej wieczorem. Nie mam pojęcia, która jest godzina, ale stopień wyludnienia miasta świadczy, że jest raczej grupo po północy. Biorąc pod uwagę, że znajduję się zupełnie sam na tym podziemnym placu, decyduję się zostawić swój samochód i dalszą drogę odbyć na piechotę.

Nie mam zupełnie pojęcia dokąd miałem się udać w tym śnie, jednak ruszyłem przed siebie w poszukiwaniu wyjścia. Okazało się bowiem, że z jakichś powodów nie mogę dotrzeć do wjazdu, którym dostałem się do środka. Szukam schodów ruchomych, którymi mógłbym przedostać się na wyższe kondygnacje tego budynku. Wielkość podziemnego parkingu sugerowała, że znajduję się na terenie jakiegoś supermarketu, czy innego kompleksu handlowego.
Nie mogę jednak nigdzie znaleźć schodów. Znajduję natomiast pasy transportowe, jakie można spotkać na lotniskach. Jedne biegną płasko po ziemi, umożliwiając zainteresowanym szybsze przedostanie się z miejsca, na miejsce. Inne zaś pną się w górę. Staję na jednym z tych pochyłych, a pas natychmiast zaczyna się poruszać.

Po dłuższej chwili docieram na piętro. Tak jest. Nie myliłem się - jestem na terenie kompleksu handlowego. Dookoła mnie znajdują się pozamykane sklepy. Wszystko oświetlone zaledwie kilkoma lampami. Idę przed siebie wśród otaczającej mnie pustki. Wyraźnie słyszę swoje własne kroki odbijające się echem w korytarzach. Trochę dziwi mnie i niepokoi fakt, że nikogo tu nie ma. Żadnych strażników, ani ochrony.
Kiedy tak idę przed siebie w poszukiwaniu wyjścia, dolatują mnie zduszone dźwięki jakiejś muzyki. Ruszam w ich kierunku i po chwili docieram do wielkiej sali. Sala jest jasno oświetlona i stanowi wyraźny kontrast do pogrążonych w półmroku korytarzy.

Wchodzę do środka. Muzyka gra zupełnie wyraźnie. Rozpoznaję dźwięki spokojnego jazzu. Przy zalanych światłem i suto zastawionych stołach nie ma nikogo. To pusta sala balowa - przychodzi mi do głowy po chwili. Wszystko jest przygotowane na przyjęcie gości. Idę przed siebie i dostrzegam dwie kobiety siedzące przy jednym ze stolików. O czymś żywo ze sobą dyskutują pochylając się nad rozłożonymi przed nimi dokumentami. Podchodzę bliżej i delikatnie przepraszam, że zakłócam tok ich rozmów. Pytam bardzo spokojnie gdzie mogę znaleźć wyjście.

Kobiety spoglądają na mnie zdziwione i jedna z nich mówi, że stąd nie ma wyjścia o tej porze. Pyta mnie jak się tu dostałem. Odpowiadam, że zatrzymałem się w podziemnym garażu i usiłuję wyjść z tego kompleksu. W tym momencie druga powtarza za swoją koleżanką, że z tego kompleksu nie ma wyjścia o tej porze, a na dodatek i później będą problemy, bo z pewnością mój samochód już został unieruchomiony przez strażników.

W tym miejscu sen przeskakuje. Następna scena jaką pamiętam, przedstawia mój samochód z zablokowanymi kołami. Stoję przy nim w towarzystwie drugiej kobiety. Mam wrażenie, że zdążyłem się z nią poznać i zaprzyjaźnić, bo zwraca się do mnie po imieniu. Tłumaczy mi, że ona załatwi, żeby strażnicy odblokowali kola mojego samochodu. Mówi, żebym się nie obawiał, że wszystkiego dopilnuje, bo jest jakąś bardzo ważną osobą w tym kompleksie i na pewno wszyscy liczą się z jej zdaniem. Mówiąc te słowa odchodzi w głąb ciemnego korytarza.

Zostaję sam. Mam pełną świadomość, że nie ma stąd wyjścia, że muszę czekać do rana, żeby móc się stąd wydostać. Zastanawiam się co mam robić przez tyle czasu. Rozglądam się wokół i dostrzegam niewielką wnękę w ścianie. Podchodzę bliżej. Okazuje się, że wnęka jest długim tunelem, podłogę którego stanowi pas transportowy. Wdrapuję się do środka. Pas rusza. Jadę dłuższą chwilę. Tunel, w którym się znajduje przywodzi mi na myśl pałac strachów w wesołych miasteczkach. W chwili kiedy naszło mnie to skojarzenie gaśnie światło, pas przyspiesza i zaczyna zjeżdżać bardzo stromo w dół. Usiłuję się złapać, ale nie mam czego. Spadam tak stromo w dół w całkowitej ciemności. Po chwili pas zwalnia, a stromizna niweluje.
Wjeżdżam do sporej wielkości pomieszczenia. Jest tutaj trochę jaśniej i mogę dostrzec, że pas transportowy, na którym cały czas jadę, skręca wielokrotnie i meandruje pomiędzy półkami, wieszakami i ogromnymi koszami. Nachodzi mnie skojarzenie ze szpitalną lub więzienną pralnią.

W pewnym momencie docieram do wielkiego, kręcącego się gumowego koła. Kiedy stykam się z nim, guma zaczepia się o moje ubranie i zrywa ze mnie koszulę. Następnie jestem niesiony do kolejnych, podobnych gumowych kół, które wirując zdzierają ze mnie kolejne części garderoby. Po chwili zostaję w samych slipkach.
Przejażdżka kończy się w chwilę potem, kiedy pas transmisyjny urywa się, a ja spadam do podstawionej pode mnie drewnianej skrzyni. Zupełnie jak do trumny.

Rozglądam się i dostrzegam człowieka, który idzie w moją stronę. Jest stary, z wielką siwiutką brodą. Patrzy na mnie zdziwiony, ale po chwili wyciąga do mnie rękę i pomaga mi wygramolić się z pudła.
Pytam, co tu jest grane, gdzie jestem. On uśmiecha się i mówi, że jestem w pomieszczeniu, do którego pas transportuje ciała ludzi, którzy zmarli w kompleksie handlowym. Mówi mi, że jego praca przez całe życie polega na odbieraniu ciał, które docierają tutaj na pasie. Z nutą smutku w głosie skarży się, że dawno już nikt nie został tutaj dostarczony, a on tak siedzi tu samiutki tyle lat i czeka. Tak bardzo się ucieszył, kiedy pas dostarczył mnie.

Pytam gdzie podziały się moje rzeczy. Mówi, że wielkie gumowe koła są sprzęgnięte z urządzeniem, które sortuje rzeczy i wiesza na wieszakach. Prowadzi mnie w ich stronę. Dostrzegam, że wśród ubrań, bardzo starych, szarych ubrań, wisi moja niebieska koszula. Zdejmuję ją z wieszaka i ubieram na siebie. Starzec przygląda mi się ciekawie i mówi, że najprawdopodobniej będę musiał wyprać swoje rzeczy, bo pełno tu szczurów i na pewno dostały się na nie pchły czy jeszcze jakieś inne gorsze robactwo.

Spoglądam na rękaw koszuli i widzę, że aż roi się od pcheł. Budzę się z obrzydzeniem.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...