Zgubieni wśród rzek.
16-06-2008, Melbourne
Zgubieni wśród rzek.
Wyjechaliśmy z domu, żeby nabrać dystansu do otaczającego nas świata. Nie wiem dokładnie dokąd pojechaliśmy, ale na pewno było to miejsce, którego nie znam w rzeczywistości. Wynajęliśmy pokój w niewielkim hoteliku i rozgościliśmy się w nim. Dziewczynki włączyły telewizor i oglądały jakiś program. Razem z żoną uznaliśmy, że wolimy przejść się kawałek miast wygrzewać się w świetle telewizora. Dzieci odmówiły wspólnego spaceru. Ewidentnie wciągnął je program. Wyszliśmy zatem sami.
Postanowiliśmy przejść się wzdłuż rzeki, która płynęła nieopodal. Nie była to jakaś szczególna rzeka. Ani woda nie płynęła w niej szczególnie wartko, ani widoki wokół niej nie należały do zapierających dech w piersiach. Ot, rzeczka w niewielkim miasteczku, jakich wiele.
Szliśmy tak przed siebie rozmawiając. Nie pamiętam czego dotyczyła rozmowa, ale żywo dyskutowaliśmy. W pewnym momencie zauważyłem, że dotarliśmy do kolejnej rzeki, która wpadała do tej, wzdłuż której spacerowaliśmy. Zdziwił mnie fakt, że rzeki łączyły się ze sobą pod kątem prostym. Nie widziałem chyba rzeki, która łączyła by się z drugą zachowując tak idealną geometrię. Nie było tu żadnego mostu, ani nawet kładki, żeby móc przedostać się na drugi brzeg. Zdecydowaliśmy ruszyć wzdłuż tej drugiej, która płynęła teraz dokładnie przed nami.
Wróciliśmy do przerwanej rozmowy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Znowu nie pamiętam czego rozmowa dotyczyła, ale żywo dyskutowaliśmy jakiś problem. Miasteczko zostało daleko za nami. Krajobraz zmieniał się nieprzerwanie. Minęliśmy lasek, później jakieś pola uprawne, a trochę dalej ogród z drzewami owocowymi. Po jakimś czasie dotarliśmy do kolejnej rzeki wpadającej - podobnie jak poprzednia - pod kątem prostym do tej, wzdłuż której szliśmy. Nagle uświadamiam sobie, że ten scenariusz z geometrycznie krzyżującymi się rzekami powtórzył się przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście razy podczas naszego spaceru. Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy, ale ewidentnie zgubiliśmy się w tej plątaninie rzek.
Zaczynam zastanawiać się, jak znajdziemy drogę powrotną, tym bardziej, że zapada już zmierzch, nie wiem gdzie jesteśmy, a w hotelu zostały nasze dzieci. Przez chwilę martwię się, że zostały tam same. Sięgam po telefon komórkowy, ale okazuje się, że zostawiłem go w pokoju hotelowym. Postanawiamy iść dalej i przy najbliższej okazji postarać się ustalić gdzie się znajdujemy.
Wkrótce docieramy do pierwszych zabudowań kolejnego miasteczka. Podchodzę do pierwszego domu. Pukam, ale nikt nie otwiera. Podobnie w drugim i kolejnym. Ze zdziwieniem zauważam, że te domy są opuszczone. Dziwi mnie to tym bardziej, że wyglądają na dobrze utrzymane i bez wysiłku można zauważyć, że obejścia są wysprzątane. Ktoś tu musi mieszkać! Niestety, nikogo tu nie ma.Idziemy dalej. W oddali dostrzegam niewyraźny neon wskazujący na hotel. Przyspieszamy kroku. Na szczęście w recepcji ktoś jest. Młoda dziewczyna uśmiecha się na powitanie. Tłumaczę jej, że się zgubiliśmy i nie mamy pojęcia gdzie się znajdujemy. Proszę ją, aby przedzwoniła do najbliższego hotelu i poprosiła obsługę, aby sprawdziła czy z dziećmi wszystko w porządku i zapewniła je, że niedługo wrócimy. Dziewczyna mówi, że nie ma problemu i prosi, abym podał numer telefonu do hotelu, albo jego dokładny adres. Mówię, że nie mam tych informacji, stwierdzam jednak, iż nie powinien to być wielki problem, bo to z pewnością jest najbliższy hotel, taki niewielki, najwyżej piętrowy tuż koło rzeki. Recepcjonistka patrzy na mnie tak jakoś dziwnie i mówi, że tu są w zasadzie same hotele, wszystkie najwyżej piętrowe i każden jeden stoi na brzegu rzeki. Jest ich dziesiątki. Znalezienie właściwego zajmie kilka godzin. Dębieję i... budzę się.
Zasypiam ponownie, by stwierdzić, że jakoś udało nam się dzieci odnaleźć. Właśnie idziemy we czwórkę w cieniu drzew jakiegoś lasu. Nagle uświadamiam sobie, że... śnię. Wykonuję kilka testów rzeczywistości - stwierdzam, że bezsprzecznie śnię. Patrzę na swoje ręce - doskonale! Mogę utrzymać ich obraz bez problemów.
Spoglądam na senne fantomy mojej rodziny. Dziewczynki zbierają coś w przydrożnym rowie. To muszą być jakieś jagody. Podchodzę do żony i mówię jej, że właśnie zorientowałem się, że śnię, że to wszystko to mój sen. Ona uśmiecha się i mówi: "No to sobie polataj". Ba! Że też sam na to nie wpadłem. Chętnie sobie polatam, ale jak to zrobić? Odwracam się w drugą stronę i stwierdzam, że tam gdzie przed momentem był las znajduje się jakaś wystawa sklepowa. Widzę swoje odbicie w zaciemnionej szybie. Usiłuję się sobie przyjrzeć, ale obraz drga i rozmywa się skutecznie uniemożliwiając mi wnikliwsze oględziny samego siebie.
W pewnym momencie czuję, że jakaś siła zaczyna mnie ciągnąć w lewą stronę. Obraca mnie i zaczynam powoli wirować. Cholera, za chwilę wyrzuci mnie ze snu - zauważam z niechęcią. Ale nie, nagle czuję, że przestaję się kręcić i unoszę się lekko do góry. Lecę!
Wzlatuję ponad dach sklepu, w wystawie którego przed chwilą się przeglądałem. Lecę powoli ponad plażą. Pode mną widzę kolorowe parasolki. Z góry dostrzegam Laurę i Nikolę. Bawią się na brzegu. Rozglądam się wokół i dostrzegam, że nie tylko ja znajduję się w powietrzu. Zbliża się w moją stronę senny fantom mojej żony. Patrzę z zazdrością jak lekko szybuje. Mój pierwszy lot przebiega dość pokracznie i nieporadnie.
Anka powoli dolatuje do mnie i z uśmiechem mówi, żebym uważał, bo za chwilę spadnę. Faktycznie! Zaczynam opadać. Spadam coraz szybciej... Zanim zdążyłem zastanowić się jak się ląduje, zaryłem stopami w piach plaży. Przez moment myślę, co też stało się takiego, że spadłem. Chcę wzbić się znowu w górę, ale uświadamiam sobie, że do tego potrzebne jest mi jakaś tafla, w której znowu będę się mógł przejrzeć. Rozumiem, że potrzebuję tej siły, która pojawia się ilekroć usiłuję dłużej się na czymś skupić. Niestety nie ma nigdzie wokół mnie potrzebnej mi tafli. Zaczynam szukać takowej i świadomy sen rozmywa się. Tracę kontrolę nad tym co się dzieje. Po chwili budzi mnie alarm budzika...
Dotychczas był to najdłuższy świadomy sen, jaki mi się przyśnił.
