Tajemniczy dom.
18-12-2007, Melbourne
Tajemniczy dom.
Zostaję zaproszony do domu naszego znajomego. Sen zaczyna się w chwili, kiedy zamykają się za mną ogromne wrota prowadzące do wnętrza domu. Oto znalazłem się w wielkim, ogromnym pałacu. Ruszam przed siebie w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby powiedzieć mi gdzie mam znaleźć pana domu.
Stoję właśnie w wielkiej sali której podłoga ułożona jest z marmuru. Na środku znajduje się ogromna fontanna. Fontanna jednak jest pusta i nie tryska wodą. Po obu stronach sali zauważam wyjścia na korytarze. Wybieram prawy korytarz i kieruję się w jego stronę.
Korytarz wyłożony jest czerwonym dywanem. Ściany przystrojono tapetą udającą bardzo starą. Wisi tu kilka zdjęć. Jakieś nieciekawe ujęcia grup ludzi. Dziwi mnie, że na drzwiach znajdują się numery. Zupełnie jak w hotelu. Niestety, wszystkie drzwi są zamknięte. Ostatnie drzwi w korytarzu noszą numer 149. Z jakiegoś powodu numer ten zapada mi głęboko w pamięć. Idę dalej.
Korytarz kończy się metalowymi drzwiami. Naciskam klamkę - ustępują bez szmeru. Znalazłem się teraz w klatce. Korytarz doprowadził mnie do zakratowanego obszaru pod wyższą kondygnacją budynku. Coś jak piwnica, której obie ściany boczne usunięto, zastępując je grubymi kratami. Dostrzegam dwoje ludzi siedzących po przeciwnej stronie. Podchodzę do nich. Ubrani są w jakieś straszliwe łachmany. Spoglądają na mnie i choć nie zadałem żadnego pytania jeden z nich mówi mi, że jestem w klatce śmierci. Opowiada, że klatka znajduje się na dnie rzeki. Kiedy woda przybierze, woda zacznie przepływać przez wnętrze klatki topiąc zamkniętych tu nieszczęśników. Rozglądam się wokół i widzę, że klatka dawno wody nie oglądała. Zamknięci ludzie - wnioskuję - muszą długo czekać na swój los. Odwracam się tyłem do nich i wychodzę tymi samymi drzwiami, którymi przyszedłem. Przez chwilę zastanawiam się dlaczego oni sami stąd nie wyjdą, przecież drzwi nie są zamknięte.
Ze zdziwieniem zauważam, że po drugiej stronie drzwi, zamiast długiego korytarza znajduje się teraz wielka sala, w której zgromadzono mnóstwo instrumentów. "Pokój muzyczny" - przemyka mi przez głowę. Rozglądam się wokół. Kiedyś pokój ten musiał sprawiać wielkie wrażenie bogactwem zebranych instrumentów. Teraz jednak przypomina mi raczej graciarnię. Wszędzie znajdują się bezładnie porozkładane taktometry, stroiki i inne muzyczne gadżety. Całość spowija gruba warstwa kurzu. Wychodzę stąd.
Trafiam do sali pomalowanej na niebiesko. Pełno tu krzeseł poustawianych w rzędy pod jedną ze ścian. To "niebieski pokój poezji" przypominam sobie. Zwykło się w nim spotykać w celu posłuchania deklamowanych wierszy i poematów. Dziś rzadko ktoś tu wchodzi. Niebieskie ściany tęsknią za nową warstwy farby, przypominając o sobie odchodzącymi płatami.
Nagle uzmysławiam sobie, że to jest mój dom. Że nie jestem zwykłym gościem - jestem synem właściciela tego obracającego się powoli w ruinę domostwa. Przyjechałem tu spotkać się z ojcem, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Jego pokój nosił numer 149, ale teraz jest zamknięty i nie mogę wejść do środka. Budzę się w tym momencie.
