Wizyta w Polsce (świadomy sen)

19-11-2007, Melbourne

Wizyta w Polsce (świadomy sen)

Jestem w Polsce. Spaceruję właśnie drogą prowadzącą do domu, w którym mieszkałem. Jest zima. Wszędzie zalega śnieg. Nie jest jednak nieprzyjemnie. Mróz, który musiał utrzymywać się przez dłuższy czas, ścisnął swoimi okowami rozpaćkaną maź. Idę chrzęszcząc zmarzliną pod butami.

W pewnym momencie rozglądam się wokół i stwierdzam, że "coś tu nie gra". Przecież powinienem znajdować się w Australii i dookoła mnie powinno szaleć upalne lato...

Zdziwienie budzi we mnie świadomość. Dalszą część snu śnię w sposób świadomy, czyli udało mi się osiągnąć stan jasnego snu! Cieszy mnie to niesamowicie.

Mijam właśnie dom moich dawnych sąsiadów (Marek i Marta zorientują się gdzie byłem tej nocy) i zastanawiam się przez moment czy ich nie odwiedzić. Już kiedyś próbowałem w trakcie "jasnego śnienia" porozmawiać z jakimiś ludźmi. Koniecznie chciałem ich zapytać, jak to jest być tworem wyśnionym przez kogoś innego, ale za każdym razem ignorowano mnie. Pomyślałem, że może znajomi, a przy tym ludzie inteligentni będą coś więcej mieli do powiedzenia w tej sprawie. Odpuszczam jednak ten pomysł widząc zamkniętą bramkę. Najwyraźniej nie ma ich w domu.

Decyduję zatem udać się do własnego mieszkania. Ciekawi mnie czy coś się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Kiedy tylko to pomyślałem, znalazłem się wewnątrz mieszkania. Rozejrzałem się wokół - pusto. Nikogo tu nie ma. Jestem sam i stoję w zalanym zimowym słońcem pokoju. Przede mną jest biblioteczka. Sięgam po jakąś książkę, przypominając sobie, że literatura przedmiotu "świadomego śnienia" mówi, że we śnie nie da się czytać. Spoglądam na okładkę. Usiłuję określić co też wziąłem do ręki. Nie udaje mi się to tak łatwo - obraz książki faluje i jest nieostry. Skupiam się bardziej usiłując odczytać tytuł. Rząd liter nieprzerwanym, falującym ruchem unosi się jakby nad powierzchnią książki. Białe litery nie są płaskie, ale jakby wykonane z ptasiego mleczka, albo z jakiejś innej "piankopodobnej" materii. Nie udaje mi się poskładać ich w słowa. Falują, kręcą się wokół siebie i skutecznie rozpraszają mój umysł, który zamiast odcyfrowywać to, co powinny reprezentować, pochłaniany jest kontemplowaniem ich dziwacznego tańca. Odkładam tę książkę i sięgam po inną. Znowu usiłuję się skupić nad jej tytułem, ale tym razem rząd liter spływa z okładki i spada na podłogę zupełnie jakby to były zwiędłe jesienne liście. Dociera do mnie, że nie uda mi się nic przeczytać.

Postanawiam wyjrzeć za okno. Przypominam sobie, że widok jaki powinienem zobaczyć, będzie przedstawiał boisko szkolne, a w oddali górę z ruinami zamku na jej szczycie. Podchodzę do okna, by zweryfikować to co pamiętam z tym, co ma mi do zaoferowania senna rzeczywistość. Coś jednak zaczyna się załamywać... Czuję, że coś jest nie tak jak powinno być. Mam jakieś wrażenie, że zaczynam się budzić. Wcale tego nie chcę, ale z każdą sekundą jestem bliższy granicy. W chwilę później leżę we własnym łóżku z otwartymi oczami. No cóż, szkoda.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...