Kim jest moja żona?
12-09-2007, Melbourne
Kim jest moja żona?
Wyjechaliśmy z żoną na wyprawę na wyspy Pacyfiku. Sen zaczyna się w chwili, kiedy zwiedzamy jakąś maleńką wysepkę. Ktoś mówi mi, że kilka miesięcy temu przez wyspę przeszło tsunami i nikt nie ocalał.
Wszędzie gdzie spojrzę znajdują się pozostałości po opuszczonych domach. Domy to w zasadzie lepianki z gliny i kamieni. W wielu brakuje dachów, gdzieniegdzie ocalały tylko ściany, a czasami nawet i to nie. Cicho tu i smutno. Pozostałe zgliszcza nie przydają uroku temu miejscu. Sprawiają, że czuję się jeszcze bardziej przygnębiony. Wchodzę do jednej z ocalałych chat. Nie ma tu dachu. Był zrobiony z drewnianych bali, które zabrała ze sobą woda.
Na podłodze wznosi się niewielka kupka kamyków. Ktoś poukładał te kamienie w kopczyk. Wybrał bardzo ładne, kolorowe kamienie - myślę sobie, ale żona mówi mi półgłosem, że ten kopczyk zbudował ten, kto splądrował tę chatę. Robią tak szabrownicy, którzy boją się duchów danego domu. Wierzą, że budując ten kopczyk z pięknych kamieni, uspokoją rozgniewane duchy. Wychodzimy stamtąd i idziemy zwiedzać dalej.
Jak okazuje się po chwili to już kolejna wysepka w tym stanie, którą zwiedzamy. Na potrzeby logistyczne wynajęliśmy niewielką łódeczkę, która teraz zacumowana przy brzegu kołysze się na wodzie.
Zastanawiam się przez chwilę, do czego może służyć wzniesiony z kamieni podest, który można znaleźć przy każdej przystani. Żona podpowiada, że to punkt obserwacyjny, z którego korzystają wyspiarze. Wystawia się tam warty. Wartownicy obserwują kogo też niesie ocean i ostrzegają pozostałych przed ewentualnym niebezpieczeństwem. "No dobrze, ale jak niby ostrzegają innych?" - pytam zainteresowany. Żona odpowiada, że w każdym z tych obserwatoriów znajduje się instrument. Kiedy dzieje się coś niepokojącego, strażnicy grają.
Mówiąc to, wchodzi po schodkach na górę warowni i już po chwili płyną do mnie dźwięki ni to cymbałów, ni to okaryny. Wchodzę za nią i widzę, że z jednej ze ścian wystają giętkie blaszki, które potrącane wydają właśnie takie dźwięki. Pytam żonę, gdzie nauczyła się tego wszystkiego? Skąd tak dobrze zna kulturę tej wysepki, a przede wszystkim gdzie nauczyła się tak grać?! Ona przerywa grę, odwraca się w moją stronę i mówi, że ona tu kiedyś mieszkała. Właśnie na tej wyspie. Była strażniczką i do jej zadań należało powiadamianie wyspiarzy o niebezpieczeństwie. Do jej obowiązków należało nie tylko granie, ale przede wszystkim komponowanie kolejnych ostrzegawczych melodii.
Jestem oszołomiony tym, co właśnie usłyszałem. Jak to, mieszkała tu? Kiedy? O czym ona mówi? Nie zadaję jednak żadnych pytań. Przyglądam się jak zręcznie gra na tym prymitywnym instrumencie. W pewnym momencie kończy grać i wstaje. "Musimy już iść. Za chwilę się zacznie." - rzuca kierując się w stronę schodów.
Co się zacznie za chwilę? Czyżbyśmy tu nie byli przypadkiem? Zastanawiam się idąc za nią. Kiedy stajemy na uliczce pomiędzy zniszczonymi chatami zauważam osoby zebrane na brzegu przystani. Idziemy w ich stronę. Rozpoznaję kilku znajomych, ale większość stanowią oliwkowoskórzy wyspiarze. Moja żona wita się ze wszystkimi bardzo serdecznie. Z niektórymi wymienia nawet kilka słów w zupełnie nieznanym mi języku. Przyglądam się temu oszołomiony.
Po chwili do brzegu przybija niewielka łódka, z której wychodzi młodziutka dziewczyna ubrana w białe, bardzo luźne szaty. Po chwili spostrzegam, że jest w zaawansowanej ciąży. Przez chwilę wita się ze wszystkimi, a następnie zrzuca z siebie ubranie i naga wchodzi do oceanu. Wszyscy zebrani patrzą na nią w skupieniu. Dziewczyna przez chwilę stoi w wodzie, a następnie zaczyna pływać. Pływa spokojnie, ciąża wydaje się zupełnie jej nie przeszkadzać.
Odciągam na bok swoją żonę i pytam o co tu chodzi. Ona pospiesznie, ściszonym głosem mówi mi, że ta dziewczyna zaszła w ciążę, ale nie ma męża. Zgodnie z tradycją, musi teraz pływać w wodzie tak długo, aż urodzi się dziecko. Jeśli przeżyje, zostanie zaakceptowane przez wyspiarzy i wspólnie wychowane, jeśli nie, to trudno.
Przez dłuższą chwilę przyglądam się pływającej dziewczynie. Nie dane mi było jednak poznać losu noworodka. Budzę się w tym miejscu.
