Jazda na moterze i świadomy sen.
10-08-2007, Melbourne
Jazda na moterze i świadomy sen.
Śni mi się, że jadę na motorze. Może nie do końca na motorze, ale na skuterze. Ktoś mi towarzyszy, ale nie potrafię zorientować się kto to jest.
Droga, którą zmierzam jest bardzo dziwna. Stanowi ją kilkanaście krzyżujących się ażurowo ze sobą mostów. Są bardzo wąskie. Mieści się na nim jedynie mój skuter. Pędzę przed siebie z dość dużą prędkością. W pędzie mijam kolejne skrzyżowania i rozjazdy. Bawi mnie ta zwariowana podróż. Za każdym razem wybieram most znajdujący się pod innym kątem.
Dojeżdżam w końcu do jakiegoś domu. Widzę, że na ziemi przed wejściem leżą jakieś wielkie płachty materiału. Po chwili rozpoznaję, że jest to płótno namiotowe. Ktoś najwidoczniej suszy namiot.
Nie udaje mi się na czas wytracić prędkości i przejeżdżam przez sam środek rozłożonego materiału. Hamuję. Odwracam się i dostrzegam, że zostawiłem na materiale paskudne ślady opon. Zsiadam z pojazdu i zamierzam zapukać do drzwi domu, żeby zrekompensować szkodę.
Pukam. Po chwili w drzwiach pojawia się mój znajomy Marek H. Patrzę na niego i nie mogę wprost uwierzyć, że to on. Pospiesznie opowiadam co się stało, przepraszam i stwierdzam, że chętnie pokryję koszty ponownego czyszczenia. On jednak uśmiecha się i mówi, że nie ma sprawy. Nie ma znaczenia. To tylko namiot - nie ma o czym mówić.
Sen przeskakuje. Teraz stoję na drodze wśród otaczających mnie drzew. Jest późny wieczór. Powoli mrok zaczyna wyglądać zza drzew. Dostrzegam idącą w moim kierunku postać mężczyzny. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że oto przede mną stoi Wiedźmin z powieści Andrzeja Sapkowskiego. Mówię mu, żeby skaleczył mnie swoim mieczem, to pozwoli mi zorientować się, że śnię i może w końcu uda mi się przeżyć świadomy sen. On uśmiecha się do mnie i mówi, że przecież właśnie śnię. Nie musi mnie kaleczyć, wystarczy że się rozejrzę wokół.
Rozglądam się wokół i... stwierdzam, że właśnie śnię! Oto zaczyna się świadomy sen. Sporo pomysłów ciśnie mi się do głowy, ale pierwsze co chciałbym zrobić, to porozmawiać chwilę z Wiedźminem. Spoglądam w jego stronę, ale okazuje się, że jego już tam nie ma... Nie ma również żadnej alejki otoczonej drzewami - znajduję się w jakimś pomieszczeniu pełnym ludzi. Myślę sobie, podejdę do pierwszej osoby i zapytam ją "jak to jest, kiedy ktoś ją śni?" Tą pierwszą osobą okazuje się być jakaś młoda kobieta z długimi, kruczoczarnymi włosami. Zadaję jej ułożone przed chwilą pytanie, ale nie pozwala mi skończyć - wybucha śmiechem i zaczyna mówić. Mówi do mnie językiem świadczącym o bardzo wysokim poziomie abstrakcji. Nic nie rozumiem z tego co mówi. Dociera do mnie, że oto chce mnie zagadać i w ten sposób uniknąć odpowiedzi. Uśmiecham się do niej i widząc, że tracę kontrolę nad sytuacją usiłuję się oddalić. Nie tak łatwo... Dziewczyna idzie za mną i nadal zalewa mnie potokiem słów. W tym momencie zadzwonił dzwonek budzika... Ech, pech.
