Parodia porwania.

31-05-2007, Melbourne

Parodia porwania.

Wchodzimy razem z żoną do kawiarni. Z wyglądu bardzo przyjemne miejsce z miłą atmosferą. Na stolikach palą się świece, a w tle przygrywa muzyczka.

Zajmujemy jeden ze stoliczków stojących w głębi. Zaczynamy o czymś rozmawiać, ale rozmowę przerywa kelner, który pojawił się nie wiadomo skąd i właśnie zapala świece stojące na naszym stoliku. Kelner znika tak szybko, jak szybko się pojawił. Wracamy do przerwanej rozmowy, ale znowu coś nam przeszkadza. Teraz są to jakieś ściszone głosy osób, które usiłują pospiesznie się ze sobą dogadać w jakiejś sprawie. Nie rozumiem co mówią, ale widzę dwóch mężczyzn przy stoliku stojącym nieopodal. W pewnej chwili mężczyźni podrywają się i krzyczą, że to napad i mamy posłusznie wypełniać co się nam mówi, a wówczas nie stanie nam się nic złego.

Pierwszy rozkaz brzmi, że mamy oddać im portfele, zegarki i wszelką biżuterię. Usiłuję ukryć gdzieś swój portfel. Mam tam coś, czego nie chcę oddać w ręce bandziorów. Nie wiem co to jest, ale staram się zachować swój portfel przy sobie. Próbuję włożyć go pod obrus na stole, ale zostaje to zauważone. Portfel straciłem.

Kiedy zbieranie kosztowności dobiegło końca i parciany wór spuchł od zgromadzonych w nim przedmiotów, kazano mam przejść do autobusu. Okazało się, że bandyci podstawili pod kawiarenkę autobus i to właśnie do niego mieliśmy teraz wejść.

Tu sen przeskakuje. Jestem wewnątrz autobusu. Trzymam żonę za rękę, usiłując schować się za siedzeniami. Panuje bowiem straszne zamieszanie. Słychać strzały. Jakieś wrzaski. Ktoś jęczy z bólu. Dociera do mnie, że bandyci przewieźli nas w charakterze zakładników pod jakiś urząd i tutaj otworzyli ogień. Wydaje mi się, iż sytuacja wymknęła się spod kontroli i teraz sami usiłują ujść z życiem chowając się za siedzeniami.

W pewnym momencie zauważam swoją córkę. Widzę, że jest kompletnie zagubiona i nie wie dokąd powinna iść. Zmierza przed siebie z tępym wyrazem twarzy. Dostrzegam, że jeden z porywaczy zauważył ją i podbiega w jej kierunku i popycha ją. Dziecko przewraca się i od razu usiłuje się podnieść. Bandyta sięga po pistolet i kieruje jego lufę w stronę mojej córki. Jestem za daleko. Nie mogę nic zrobić. Patrzę jedynie na rozgrywającą się przede mną scenę. Bandzior naciska spust pistoletu, ale w tym samym momencie okazuje się, że jest to pistolet na wodę. W dodatku pusty. Dmuchnął jedynie strumieniem powietrza w skroń mojej córki. Rozglądam się wokół i uświadamiam sobie, że nasi porywacze są wyposażeni w podobną broń. Wszystkim też skończyła się amunicja, czyli woda. Patrzę na tę sytuację z rosnącym zdziwieniem i podobnym rozbawieniem. Budzę się w tym momencie.

Powrót...