Spotkanie po latach.

16-02-2007, Melbourne

Spotkanie po latach.

Jest późny wieczór. Szarówka. Światło latarni sączy się ciężko przez wilgotny półmrok. Spaceruję z koleżanką z pracy. Rozmawiamy.

Nieprzyjemna, zimna i mokra aura gęstnieje, zaczyna padać lekki deszcz. Rozkładam parasol i podaję swojej towarzyszce ramię, aby mogła wygodnie schronić się pod rozpostartą czaszą. Widzę, że chwilę się waha, ale korzysta z zaproszenia i dalej spacerujemy "pod rękę".

W tej chwili dociera do mnie, że zmierzamy w stronę stacji kolejowej. Odprowadzam ją do pociągu, żeby mogła wrócić do domu. Pomimo faktu, że z nieba siąpi, nie przyspieszamy i nadal idziemy spacerowym krokiem.

Po drodze spotykam znajomego. Pozdrawia mnie, ale szybko ucina rozmowę, którą usiłuję nawiązać. Zastanawiam się, czy postępuje tak dlatego, że jest zimno i nieprzyjemnie, czy peszy go moja towarzyszka. Skłonny jestem obstawiać drugą opcję, gdyż generuje zachowania typowe dla człowieka zażenowanego, który znalazł się w niezręcznej sytuacji. Pozwalam oddalić mu się spiesznym krokiem, a sam kontynuuję spacer w deszczu.

Po dłuższej chwili dochodzimy do stacji. Znam tę stację bardzo dobrze - to stacja PKP w miasteczku, w którym mieszkałem swego czasu w Polsce. Jestem zaskoczony, że się tu znalazłem. Przez moment pozwalam sobie unosić się na skrzydłach wspomnień. Kiedy wracam "na Ziemię" zauważam, że znajoma gdzieś zniknęła. Szukam jej krótką chwilę, ale nie udaje mi się wypatrzeć jej w pobliżu. Odwracam się i kieruję do wyjścia uznając, że najwyraźniej musiała odjechać pociągiem, którego nie zauważyłem.

W przejściu wpada da mnie spiesząca się dziewczyna. Spogląda przepraszająco. Poznaję ją od razu - to moja przyjaciółka z lat licealnych! Co ona tutaj robi? Usiłuję zamienić z nią kilka zdań, ale ona bardzo się spieszy. Jest już spóźniona i musi biec. Proponuje mi jednak, żebym pojechał z nią do Tarnowa. Chwilę się waham, ale uzmysławiam sobie, że nie ma w tej chwili powodów, które uniemożliwiały by mi taką przejażdżkę. Poza tym całe długie lata nie widziałem J., więc będziemy mieli okazję dłuższej rozmowy.

Wsiadamy do pociągu. Okazuje się, że nie jest to pociąg pasażerski, ale towarowy. Przystaje tu tylko na moment i rusza prosto do Tarnowa. J. żartuje, że złapaliśmy ekspres.

Siadam pod jedną ścianą, a J. siada pod drugą. Rozmawiamy. Dowiaduję się, że wyprowadziła się do Tarnowa kilka lat temu. Mieszka tam na dachu w zamku. (sic!) Tę niezwykłą informację przyjmuję bez żadnego zdziwienia. Cieszę się nawet, że tak fajnie sobie ułożyła życie.

Docieramy w końcu na miejsce. Tutaj okazuje się, że zameczek, o którym opowiedziała mi w pociągu znajduje się bardzo blisko stacji. Nie musimy zatem daleko iść.

Zaprasza mnie do siebie. Uprzedza mnie, że jej rodzina nie jest przygotowana na przyjmowanie gości. Nie spodziewają się nikogo zwłaszcza o tej porze. Kiwam potakująco głową i ruszamy przed siebie. W pewnym momencie J. odwraca się do mnie i prosi, żebym asekurował jej młodszego braciszka kiedy będziemy wchodzić na górę.

Asekurował? Braciszka? W rzeczywistości J. nie ma młodszego brata, ale przez te kilka lat wiele mogło się zmienić. Odwracam się i widzę, że obok nas plącze się kilkuletnie dziecko. Łapię je za rękę i ruszam za J.

W pewnym momencie staję jak wryty. Wszystko wskazuje na to, że będziemy wchodzić po drabinie przystawionej do kamiennej ściany. No dobrze. Pierwsza wchodzi J., za nią braciszek, a ja na końcu - asekurująco.

Drabina jednak nie sięga samego dachu. Żeby dotrzeć na dach, musimy przejść po gzymsie, a następnie piąć się w górę wzdłuż rynny. Przywiązuję chłopca do siebie jakąś linką i powoli brniemy dalej. Po dłuższej chwili udaje się nam osiągnąć szczyt.

Znajduje się tu niewielki gołębnik, który J. razem z rodziną wybrali na swoje mieszkanie. Gołębnik jest całkiem spory, a wewnątrz są aż dwa pomieszczenia. W jednym śpi reszta rodziny, a w drugim znajduje się niewielka kuchenka. Siadam na prowizorycznym krzesełku przy kuchennym stole, a J. przygotowuje herbatę.

Chcę zapytać ją, jak sobie radzą jej rodzice, w sumie starsi już ludzie. Czy podobnie jak my muszą pokonywać drogę do domu skacząc z drabiny na gzyms, ale budzę się w tym miejscu.

Powrót...