Ratując kamrata.

17-10-2006, Melbourne

Ratując kamrata.

Stoję przed grotą ukrytą za gęstą ścianą drzew. Grota jest ogromna, a wejście do niej zasłonięte ogromnym kamieniem. Z wielkim trudem udaje mi się odepchnąć ten głaz i wejść do środka.

Wewnątrz znajduję kamienny ołtarz. Wokół płoną pochodnie. Rozglądam się i dostrzegam szereg niszy wykutych w kamiennych ścianach groty. W niszach stoją przeróżnych rozmiarów gliniane miski, wazoniki i czarki.

Sięgam po jedną z czarek i wyjmuję z niej talizman. Czarny wisior w kształcie ziarna fasoli zawieszony na rzemieniu. Wiążę sobie ten wisior na szyi i wychodzę pospiesznie z groty. Wiem, że powinienem się szybko stamtąd wynosić, gdyż to co zrobiłem będzie poczytane za profanację świętego miejsca.

Sen przeskakuje w czasie. Widzę siebie w towarzystwie niewielkiej grupy ludzi. Wszyscy jesteśmy ubrani w średniowieczne stroje. Wydaje mi się, że jesteśmy jakimiś ubogimi rycerzami, którzy podróżują bez celu po świecie.

Zauważam, że jedna osoba ma związane ręce. Dwóch osiłków spośród nas prowadzi go za sobą na skórzanym sznurze. Dociera do mnie, że złapano zdrajcę i za chwilę zostanie wymierzona mu okrutna sprawiedliwość.

Spoglądam na niego i widzę, że jest przerażony. Przestał już walczyć. W jego oczach widać jedynie bezsilną rezygnację. Wiem doskonale, że nic nie jest w stanie odmienić jego losu. Zdradził i zginie. Tak ułożony jest ten świat i nie mogę mu pomóc.

Grupa dociera po krótkiej chwili do granicy lasu. Widzę, jak pozostali przerzucają przez gałąź sznur, który za chwilę wypręży ciało nieszczęśnika.

W jednej chwili uzmysławiam sobie, że coś jednak zrobić mogę! Wołam w stronę ludzi, aby powstrzymali się jeszcze przed egzekucją. Mówię im, że niedawno odkryłem niedaleko stąd grotę, w której było sporo rzeczy, które moglibyśmy sobie zabrać. Widzę, że ta wiadomość bardzo zainteresowała moich rozmówców. Jeden przez drugiego dopytują się gdzie to było, czy dawno ją znalazłem i jakiego bóstwa to ołtarz. Odpowiadam, że nie wiem co to za ołtarz, ale jest niestrzeżony i bardzo bogaty.

Po krótkiej naradzie uzgodniliśmy, że wyruszamy w drogę. Egzekucję wykonamy zaraz po przybyciu. Jak uzgodniliśmy, tak też zrobiliśmy. Po dłuższym marszu docieramy na miejsce. Po drodze moim druhom wpadło do głowy, że zamiast wieszać będziemy wbijać nieszczęśnika na pal. Nawet zaopatrzono się w odpowiedni do tego celu przyrząd.

Grupa jednak rozdziela się wprowadzając zamieszanie. Jedni chcą rozprawić się ze zdrajcą, inni chcą najpierw splądrować grobowiec-ołtarz. Zwolennicy plądrowania otwierają wejście do groty i zabierają się za myszkowanie. Właśnie na to czekam!

Po chwili z grobowca dobiegają nas krzyki. To duchy zamieszkujące grotę zaczynają atakować tych, którzy odważyli się zakłócić ich spokój. Wołam do nich, że musimy poświęcić kogoś, aby zrobić z niego tarczę przeciwko demonom! Wszyscy bez słowa wskazują na nieszczęśnika, którego przed chwilą chcieli wciągnąć na pal.

Na to właśnie czekam. Wiem, że nie mogę uchronić go od śmierci, ale mogę sprawić, żeby zakończył swoją egzystencję w sposób bezbolesny. Podchodzę do niego i dotykam go talizmanem, który zdobyłem w pierwszej części snu. Człowiek spogląda na mnie z ulgą w spojrzeniu i... zamienia się w podobne mojej fasolce czarne ziarna.

Ziaren powstało tyle, że każdy mógł przynajmniej jedno połknąć. Kiedy wszyscy zabezpieczyli się przed złymi duchami, tamte natychmiast znikły. Sen kończy się w tym miejscu.

Powrót...