Utarty nos kleszy.
07-10-2006, Melbourne
Utarty nos kleszy.
Jadę dokądś z rodziną. Żeby czas nie dłużył się zbytnio, umilamy go sobie luźną rozmową i żartami.
Po dłuższej chwili docieramy do miejsca przeznaczenia. To jakiś stary dom. Nie jest to z pewnością rudera, ale ząb czasu odcisnął się na nim w wielu miejscach. Drzwi nie są zamknięte. Wchodzimy do środka.
Wewnątrz panuje półmrok rozświetlany jedynie zimnym, niebieskawym światłem sączącym się z wielu akwariów zajmujących całe pomieszczenie. Zaczynamy oglądać pływające w nich rybki. Dziewczynki przechodzą od jednej wystawy do drugiej i wydają coraz to nowe odgłosy niekłamanego zachwytu.
Mnie szczególnie podobają się rybki znajdujące się w największym zbiorniku. Ryby te nie przypominają żadnych znanych mi w rzeczywistości. Są trochę podobne do welonów, ale w odróżnieniu od typowych przedstawicieli tego gatunku, są zupełnie białe. Jakby utkane z mgiełki, czy z koronki.
Oglądam je dłuższą chwilę i dostrzegam, iż akwarium jest... otwierane. Przednia szyba zainstalowana jest z jednej strony na zawiasach, a po przeciwnej znajduje się niewielka klameczka. Naciskam delikatnie na klamkę i otwieram przednią szybę akwarium. Jestem kompletnie zaskoczony faktem, że woda nie wylewa się, i nadal zawiera się w granicach akwarium. Niesamowite! Wprost nie mogę w to uwierzyć. Nawet wyciągam rękę i dotykam wody - to nie złudzenie, mój palec zanurza się bez oporu.
Teraz wkładam całą rękę do środka i usiłuję złapać koronkową rybkę. Udaje mi się to bez większych problemów. Złapana rybka szamocze się i rozrywa się w kilku miejscach, zupełnie jakby była zrobiona z bibułki. Puszczam ją natychmiast, a ona ucieka i chowa się za jakimiś roślinkami. Z przykrością zauważam, że w palcach trzymam spory kawałek jej ogona.
W chwili, kiedy usiłuję pozbyć się tego kompromitującego dowodu, wchodzą jacyś ludzie. Starsza kobieta i mężczyzna w podobnym wieku. Uśmiechają się do nas i zagadują dziewczynki na temat rybek. Po chwili przedstawiają się jako właściciele tego domu. Chwilę rozmawiamy na zupełnie niezobowiązujące tematy. Dowiaduję się jednak, że niedaleko stąd jest bardzo ciekawe miejsce, które moglibyśmy odwiedzić razem z dzieciakami. Podobno to jedno z ciekawszych miasteczek historycznych w tym rejonie.
Dziękujemy za wskazanie drogi i wsiadamy do samochodu, aby dostać się do tego zabytkowego miasteczka. Podróż nie trwa długo i już po chwili dojeżdżamy na miejsce.
Miasto istotnie bardzo stare. Domy budowane z gliny i kamienia. Na środku niewielkiego ryneczku znajduje się murowana wieża. Ludzie, którzy tutaj mieszkają, wciąż chodzą ubrani w staromodne stroje. Nie są zainteresowani rozmową. Zagadnięci uśmiechają się i odchodzą.
Spacerujemy dłuższą chwilę wśród tych budowli wyjętych z epoki średniowiecza. W pewnym momencie podchodzi do nas jakiś człowieczek ubrany w kolorowy kaftan i mówi mi, że bardzo się cieszy, że mnie widzi. Pospiesznie opowiada, że mieszkańcy tego miasteczka znajdują się w wielkim kłopocie. Otóż niedawno zmarł czarownik i teraz wieża stoi pusta. Miasteczko żeby przetrwać potrzebuje czarownika, który pomagałby jego mieszkańcom we wszystkim. A to deszcz przywołał, a to zagrożenie odganiał. Człowieczek nie daje mi dojść do głosu i stwierdza, że byłbym świetnym czarownikiem. Obiecuje, że jeśli się zgodzę tu zostać, będzie mi się świetnie powodziło, a i mojej rodzinie niczego nie zabraknie.
Sen w tym miejscu przeskakuje w czasie i oto widzę siebie odzianego w kolorowy strój. Mam siwą brodę i jestem znacznie starszy niźli w rzeczywistości. Dociera do mnie, że przyjąłem posadę czarownika i od tamtego czasu mieszkam i pracuję w wieży. Przez chwilę zastanawiam się co też stało się w tym czasie z moją rodziną, ale nie głowię się nad tym zbyt długo. Wiem, że człowieczek, który mnie zatrudnił słowa dotrzymał i żyją gdzieś tam szczęśliwie.
Widzę siebie ćwiartującego konia. Towarzyszy mi w tym pomocnik. Tnę tego wielkiego zwierza z pomocą wielkiego noża, a każdą odciętą część pakuję do wielkiej torby. Kiedy koń został już poćwiartowany i zapakowany, przyszli tragarze, którzy zabrali torby ze sobą i ruszyli w kierunku wielkiej góry.
W drodze w górę uświadomiłem sobie, co też tu jest grane. Otóż mam osobiste potyczki z księdzem i właśnie jestem w trakcie delikatnej zemsty za ekskomunikę jaką dobrodziej zechciał mnie obłożyć. Góra ma którą wchodzimy jest uznawana za Świętą Górę i klecha przeforsował prawo, iż każdy, który wprowadzi na jej szczyt żywe zwierze, zostanie srodze ukarany.
Mój pomysł jest prosty: poćwiartowany martwy koń zostanie wniesiony na szczyt Świętej Góry, gdzie następnie zostanie przeze mnie magicznie wskrzeszony, abym mógł później zjechać na nim w dół do miasteczka, ucierając klesze nosa.
Jak zaplanowałem, tak też zrobiłem. Widzę teraz siebie jak zjeżdżam z góry na poskładanym magicznie koniu. Wzbudzam ogólny tumult i rwetes. Widzę straże, które chwytają mnie i zdejmują z konia. Widzę klechę, który zaciera dłonie ukontentowany, że w końcu mnie przyłapał na złamaniu najważniejszego prawa i będzie się mnie mógł pozbyć w jego majestacie.
Jestem prowadzony przed trybunał, gdzie mam zostać oskarżony. Słucham długiej mowy oskarżycielskiej w wykonaniu dobrodzieja. Kiedy przychodzi pora na moją obronę, proszę aby przeczytano mi dokładnie przepis prawny, za złamanie którego jestem teraz skarżony. Odczytuje mi go jakiś człowiek. Przerywam mu w pewnym momencie, zwracając uwagę wszystkich na zapis, który mówi, iż wykroczenie popełnia ten, który żywe zwierze wprowadzi na teren świętej góry, a nie ten, który zwierze z niej sprowadzi. Nie mogę być zatem skarżony, gdyż wprowadzane na górę zwierze nie było żywe, zatem nijakiego prawa nie złamałem.
Widzę, jak na kleszej szyi roście pręga żyły, jak twarz mu zmienia kolor z bladego na krwistoczerwony. Doskonale widzę jak pała do mnie nienawiścią tak wielką, że pewnie mogłaby przenieść nie tylko Świętą Górę. Uśmiecham się do niego złośliwie, kiedy trybunał uniewinnia mnie.
Sen się kończy.
