Kryształowa szkatuła.

03-08-2006, Melbourne

Kryształowa szkatuła.

Idę z dziećmi do teatru. Jesteśmy bardzo podekscytowani, gdyż sztuka zapowiada się niezwykle ciekawie. We śnie doskonale znałem jej tytuł, ale teraz nie jestem sobie w stanie go przypomnieć. Brzmiał jakoś "Kryształowa trumna", czy "Kryształowa szkatuła"? Sztuka ma rozpocząć się już wkrótce, i wszyscy spieszymy, by zająć miejsca na widowni. Ku mojemu zdziwieniu nie ma tu jednak krzeseł, ale przezroczyste pudła. Takie kryształowe trumienki właśnie. Stoją w rzędzie, jedna obok drugiej. Wewnątrz wyściełane są jakimiś kocami. W każdej z nich leży również niewielka poduszeczka. Wyglądają niezwykle wygodnie.

Kątem oka dostrzegam, że widzowie usadawiają się w nich, by w chwilę później zostać zamkniętymi przez uwijających się pomocników. Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy nasze miejsca. Niespiesznie kładziemy się wewnątrz kryształowego sarkofagu. Jest bardzo wygodny i przyjemnie się tu leży. Widzę, że właśnie zmierza do nas pomocnik, który spieszy, by zamknąć wieko. Na koniec omiatam salę szybkim spojrzeniem. Dostrzegam, że wśród widzów dominują dzieci. Nic w sumie dziwnego, bo spektakl traktować ma bowiem o krasnoludkach. Właśnie wieko zostaje zamknięte i zabezpieczone z boku zmyślnym zapięciem, aby uniemożliwić otwarcie trumny od wewnątrz.

Leżę bez ruchu dłuższą chwilę. Jest mi wygodnie, ale to czekanie zaczyna mi się dłużyć. Czuję się zniecierpliwiony, ale tłumaczę sobie, że przecież wszyscy pozostali widzowie muszą zająć swoje miejsca, a przecież to chwilę musi potrwać.

Chwila trwa jednak zdecydowanie za długo. Coraz mniej podoba mi się fakt, że muszę leżeć w zamknięciu. Usiłuję uchylić wieko, ale pomimo iż naciskam całkiem silnie, ono nie wydaje się ustępować. Przez chwilę oddaję się z zapałem temu zajęciu, ale nie przynosi ono żadnego efektu, o spodziewanym nawet nie wspominając. Czas płynie, a ja czuję coraz większy napływ złości.

Mam wrażenie, że w tym miejscu sen przeskakuje w czasie. Nadal jestem zamknięty wewnątrz kryształowej trumny, ale zdążyłem już pogodzić się z faktem unieruchomienia. Nie walczę. Leżę i czekam. Wtem dobiega do mnie jakiś chrobot i delikatne skrzypnięcie. Wieko unosi się lekko pozwalając mi usiąść i rozejrzeć się wokół. Widzę, iż wystrój wnętrza zupełnie się zmienił. To już nie jest teatr, a jakaś sala wykładowa. Przebiega mi przez myśl, że zostaliśmy przeniesieni na jakąś uczelnię. Widzę, że wszędzie wokół otwierają się wieka trumienek, w których zamknięci zostaliśmy wcześniej. Zastanawia mnie fakt, że nie widzę tu ani jednego dziecka. Wydaje mi się to niezwykle dziwne, wszak pełno było ich jeszcze chwilę temu. Słyszę jakiś głos i szybko odwracam się w kierunku katedry, którą zajął jakiś starszy mężczyzna z brodą. Właśnie zaczyna się wykład. Tak jest, teraz już nie mam wątpliwości - to uczelnia.

Wykład trwa w najlepsze, a wieka kryształowych trumien otwierają się to tu, to tam. Wyglądają z nich zdziwione twarze ludzi, którzy podobnie jak ja przyszli obejrzeć przedstawienie. Część z nich wychodzi bezpardonowo z sali wykładowej, inni czekają do końca, aby nie przeszkadzać prowadzącemu. Kiedy lekcja dobiega końca, wstaję i wychodzę z sali. Okazuje się, że jestem w Krakowie na ul. Ingardena nieopodal wydziału chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Budzą się w tym miejscu.

Powrót...