Sen o pożegnaniu.

16-01-2006, Melbourne

Sen o pożegnaniu.

Pora dnia bardzo typowa dla moich snów - jest dość późny wieczór. Zapada zmrok. Brudnoszara mgła wciska się w szczeliny murów. Idę gdzieś w towarzystwie żony. Niosę ze sobą walizkę. W zasadzie ciągnę ją za sobą. Walizka ma bowiem małe kółeczka i wyciągany uchwyt. Walizka toczy się miękko po bruku uliczki, którą idziemy, nie wydając żadnego dźwięku. Ten fakt zaskakuje mnie i zastanawia.

Zaczyna robić się dość zimno. Jeszcze głębiej niż dotychczas chowam się w swoim płaszczu. Widzę, że moja żona robi to samo. Nie przerywamy jednak marszu.

Po dłuższej chwili dochodzimy do stacji kolejowej. Jest prawie pusta. Dostrzegam zaledwie kilku potencjalnych pasażerów taszczących swoje walizki. Niektórzy są w towarzystwie, inni przyszli tu samotnie. Kierujemy swe kroki na peron. Mijamy opustoszały, zasnuty szarawą mgłą budynek stacji. Na peronie mgła zdaje się gęstnieć. Przypomina śnieg zalegający betonową płytę peronu. Usiłuję go przesunąć stopą, ale rozwiewa się w tym samym momencie, tworząc zawirowania. Zastanawia mnie, dlaczego poniewierają się tu jakieś kości. Idziemy jeszcze kilka kroków przed siebie, co pozwala mi jeszcze chwilę przyglądać się temu, co leży pod moimi nogami. Oprócz kości znajduję tu również martwe ośmiornice, puszki po kawie, i inne raczej zastanawiające śmieci.

Znów rozglądam się wokół. Na peronie pojawia się coraz więcej pasażerów. Nie jest ich wielu. Jedni siedzą na ławeczkach, inni stoją. Niektórzy rozmawiają ze sobą, ale większość pogrążona jest w ciszy.

Wtem uświadamiam sobie co to za miejsce i po co tu przyszliśmy. To peron, z którego odjeżdżają pociągi z umarłymi! Zatem wszyscy ci pasażerowie to zmarli!

Nie dane jest mi jednak dłużej przeanalizować tej nowej wiedzy, która nagle stała się moim udziałem. W mlecznej mgle błyskają bowiem rozproszone światła nadjeżdżającego pociągu. Pasażerowie do tej pory siedzący na ławeczkach podnoszą się i z walizami w dłoniach czekają, aż metalowy kolos powoli wtoczy się na peron.

Pociąg wjeżdża na stację zupełnie bezgłośnie. Bez wszystkich tych zgrzytów, pisków i posapywań, jakie znamy z rzeczywistości, a które niezmiennie towarzyszą wytracającym prędkość pociągom. Hamowanie trwa zaledwie chwilkę i oto otwierają się drzwi do wagonów. Podnoszę walizkę i chcę wsiadać do środka, kiedy moja żona zatrzymuje mnie gestem i słowami: "Nie możesz tam wsiąść. Tylko ja mam bilet." Kiedy protestuję mówiąc, że przynajmniej wniosę jej walizkę - ona odpowiada: "Nie możesz wsiąść bez biletu. To moja podróż i sama muszę wejść do pociągu."

Żegnamy się niespiesznie. Nie towarzyszą nam łzy, ani szloch. Pomimo tego, że zdaję sobie sprawę, że Anka nie wróci z tej podróży, nie jest mi jakoś szczególnie przykro. Nagle uświadamiam sobie, że szloch tu nic nie pomoże, że bez względu na moje łzy ona i tak wsiądzie do tego wagonu i odjedzie. Tak musi być. Ostatni pocałunek i zostaję sam na peronie. Wraz ze mną zostaje kilka osób, którzy najwyraźniej też odprowadzali swoich bliskich.

Budzę się w tym momencie. Przez chwilę byłem wstrząśnięty wymową tego snu. Opowiedziałem go żonie - zastanowiła się przez chwilę i stwierdziła, że nigdzie jak na razie się nie wybiera :-)

Powrót...