Tajemnica wioski.

18-12-2005, Melbourne

Tajemnica wioski.

Ludzi w niej bardzo niewielu i pewnie stąd wzięło się określenie, że część mieszkańców została wymordowana. Nigdy jednak nie mogłem uporać się z problemem, dlaczego mieszkańcy poginęli w masakrze uczynionej im za pomocą pociętych kawałków drewna? Tego po dziś dzień nie rozumiem. Zatem stoję w tej "zabitej dechami wsi" i usiłuję zrozumieć skąd się tu wziąłem i w jakim celu tu przybyłem. Idę przed siebie i oglądam domki, na których czas niejeden już raz złamał sobie zęby. Wszystkie domy są bardzo zadbane. Najwyraźniej mieszkańcy dbają, żeby frontowe fasady były zawsze pobielone, a miejsca które ze starości rozsypały się, były na bieżąco zalepione. Podoba mi się tutaj. Lubię takie zapomniane przez bogów i szatanów wioseczki. Mają swój urok. Spacer sprawia mi przyjemność.

W pewnej chwili przypominam sobie cel mojej wizyty. Otóż jestem jakimś pracownikiem socjalnym i zostałem wysłany tu, aby zbadać pewną sprawę. Kilka lat temu, w tej idyllicznej wioseczce wydarzyło się coś, o czym mieszkańcy nie chcą rozmawiać. Już wielokrotnie ktoś z mojego wydziału przyjeżdżał tutaj, aby dowiedzieć się co się tu stało, ale żaden z nich nie osiągnął większych rezultatów.

Przypominam sobie, że przebywam w gościnie mieszkańców już kilka dni. Niewiele rozmawiam z nimi, aby nie zrazić ich przyjaznego nastawienia. Ot, spaceruję sobie i podziwiam piękną okolicę. Wioska częściowo położona jest w buszu, który daje przyjemny chłód i ucieczkę od gorąca.

Sprawa, nad którą pracuję nie należy do łatwych. Kilka lat temu z wioski znikło dziecko. Nigdy nie odnaleziono ani ciała, ani grobu. Nikt nie chce rozmawiać na ten temat. Zagadnięci mieszkańcy szybko nabierają wody w usta i wyraźnie dają do zrozumienia, że nie życzą sobie rozmów na ten temat. Niewiele mogę zdziałać. Ciągle mam zbyt mało informacji, aby móc wysnuć jakieś wnioski. Pozostaje mi tylko spacer w cieniu drzew i obserwowanie wszystkiego, co dzieje się wokół mnie.

Właśnie postanowiłem odbyć dłuższy spacer w głąb buszu. Idąc przed siebie, oddaję się najróżniejszym rozmyślaniom. W pewnym momencie z zamyślenia wyrywa mnie wrzask papugi. Wracając do rzeczywistości dostrzegam w ostatniej chwili, że oto stoję na brzegu stromego zbocza. Gdyby nie papuga, która przestraszyła mnie śmiertelnie, pewnie teraz leżałbym na dole tego jaru ze złamaną nogą. Uspokajam się i rozglądam. Przede mną ciągnie się głęboki jar w środku lasu. Wygląda zupełnie jak dno jednej z okresowych rzek, jakie można spotkać na tym terenie. Zbocze jest kamieniste, podobnie jak dno, na którym gdzieniegdzie można dostrzec kępy krzaków i niewielkie drzewka. Powoli, bardzo uważnie zaczynam schodzić w dół po zboczu. Sprawia mi to dość dużą trudność, gdyż skały są bardzo wygładzone wodą, która choć rzadko tu gości, to jednak płynie z oszałamiającą prędkością. Po chwili udaje mi się stanąć na spękanym, kamienistym dnie. Spoglądam przed siebie. Wygląda na to, że stoję w miejscu, gdzie koryto natrafiło na twardszy materiał skalny i uformowało zakole. Rozglądam się wokół. Kątem oka dostrzegam cień węża, który przywędrował tutaj wylegiwać się na kamieniach i grzać swoje ciało w promieniach słońca. Widzę go, jak odpełza przepłoszony moją obecnością.

Zaczynam iść przed siebie w górę koryta. Coraz dalej w busz. Spacer w tym miejscu jest łatwiejszy, gdyż nie trzeba przedzierać się przez splątane korzenie.

W pewnym momencie docierają do mnie dźwięki zdradzające czyjąś obecność. Dobiegają ze szczytu brzegów po mojej lewej i prawej stronie. Przystaję i zaczynam wsłuchiwać się. Wydaje mi się, że słyszę szepty i kroki. Nie mylę się - po chwili po obu stronach koryta wyschłej rzeki wyrastają sylwetki ludzi. Rozpoznaję w nich mieszkańców wioski. Nie udaje mi się jednak dostrzec w ich twarzach zadowolenia, czy choćby śladu niedawnej sympatii. Zaczynają docierać do mnie pokrzykiwania niezadowolonych i raczej wzburzonych ludzi.

W pewnym momencie, kątem oka dostrzegam przebiegające aborygeńskie dzieci. Przebiegały koryto w dolnej jego części, poza wzrokiem zebranych wokół mnie ludzi. Ku mojemu zdziwieniu dostrzegam wśród nich białe dziecko. Odróżnia się od pozostałych nie tylko kolorem skóry, ale również rudymi włosami.

Nagle wszystko staje się jasne. Elementy układanki zaczynają składać się niczym puzzle w dłoniach sprawnego ich miłośnika. Wyłaniający się obrazek wcale nie jest idylliczny. Okazuje się, że senna wioseczka kryje swoje tajemnice. Otóż kilka lat temu urodziło się dziecko, które okazało się być hermafrodytą. Był to wielki szok dla jego nieedukowanych rodziców. Lekarz w wiosce, który wiedzą nie ustępował wiele dawnym cyrulikom, poradził zrozpaczonym rodzicom, żeby z nadaniem imienia zaczekali, aż dziecko podrośnie i zacznie przejawiać wyraźniejsze wtórne cechy płciowe, aby łatwiej można było przypisać mu rolę społeczną. Rodzice jednak nie umieli sobie poradzić z problemem. Wynieśli dziecko w busz pozostawiając je na pastwę niczym nieskrępowanej tu przyrody. Na szczęście dziecko znaleźli przechodzący tamtymi ścieżkami Aborygeni. Wzięli ze sobą malucha i wychowywali go wraz ze swoimi dziećmi. Mieszkańcy wioski niejednokrotnie widzieli rudowłosego golasa biegającego po lesie za ciemnoskórymi dziećmi i podejrzewali, że to ich obojnaczy mieszkaniec, którego pozbyli się kilka lat wcześniej.

Sen pewnie trwałby jeszcze długo, ale niestety obudziły mnie poranne wrzaski papug, które postanowiły urządzić sobie śniadanie na nieopodal rosnącej dzikiej śliwie. Ich kłótnie o poranku obudziłyby martwego. Przez grzeczność jedynie nie wspomnę o śpiących :-)

Powrót...