Zatrzymanie zegara.

05-12-2005, Melbourne

Zatrzymanie zegara.

Jestem we wnętrzu zegara. To jakiś ogromny zegar, który prawdopodobnie znajduje się w wysokiej dzwonnicy. Widzę jego tryby. Są ogromne! Wszystkie te zębatki, zapadnie, blokady poruszają się w swoim spokojnym, nieprzerwanym rytmie. Tik... Tak... Tik... Tak... Zegar pracuje i odmierza czas. Widzę jak ruch jednego zębatego koła wywołuje ruch innego. To kolejne porusza jeszcze innym. Tik... Tak... Spadają zapadki. Tik... Zapadki podnoszą się. Tak... Czas płynie sekunda po sekundzie. Tik... Tak... Tik... Tak...

Widzę to wszystko z pewnego oddalenia, ale nie przeszkadza mi to zauważać każdy, nawet najmniejszy i najbardziej niepozorny ruch maszynerii tego zegara. Wtem coś zaczyna się dziać. Czas zaczyna zwalniać... Równomierne tyknięcia stają się coraz wolniejsze. Coraz dłuższe przerwy następują pomiędzy tyknięciami. Tik... Tak... Coraz wolniej. Tik... Tak... Coraz dłuższe przerwy. Coraz więcej napięcia pojawia się w mojej świadomości. Zaczynam wyczekiwać kolejnych uderzeń spadających zapadek. Czas zwalnia. Zegar pracuje coraz wolniej i wolniej. Tik... Tak... To napięcie staje się nie do zniesienia. Tik... Zegar zamiera. Kolejne tak długo wyczekiwane tyknięcie nie następuje. Rozglądam się wokół. Żadna zębatka nie wykonuje już żadnego, nawet najmniejszego ruchu. Tryby i zapadki zasnęły i już nie następuje żaden dźwięk. Zegar zasnął. Czas zatrzymał się. Wpatruję się pilnie w tryby wielkiego zegara. Czuję się bardzo nieswojo. Chcę dostrzec, że to tylko złudzenie, chwilowa przerwa w dostawie czasu. Nic takiego jednak nie następuje. Nie ma następstwa. Nie ma już czasu, który mógłby odmierzać wielki zegar. Jest cicho. Bardzo cicho.

W pewnej chwili dostrzegam jakiś ruch. Nareszcie! Coś drgnęło! Przyglądam się wnikliwie. Coś rzeczywiście się rusza. W kącie zegara, prosto z jego serca zaczyna snuć się złota nić. Połyskuje wspaniałym blaskiem. Mieni się wszystkimi odcieniami złota. Jest cudownie piękna. Przywołuje mi na myśl babie lato. Jest bowiem taka cieniutka i delikatna. Snuje się też dokładnie tak samo. Powiewa w powietrzu i mieni się. Obserwuję to zjawisko z niemałym zdziwieniem. W pewnym momencie uzmysławiam sobie, że to... nić czasu opuszcza martwy zegar. Nie jest już tu potrzebna i, do tej pory zamknięta w sercu zegara, zostaje uwolniona. Złota nic staje się coraz dłuższa i dłuższa. Obserwuję ją w zachwycie i wstrzymuję oddech, żeby nie zerwać jej nieopatrznym podmuchem. Nić powoli przepływa obok mnie. Mogę się jej teraz przyjrzeć. Jest bardzo cieniutka. Niemal prawie jej nie ma. Połyskuje i drży. Jej drugi koniec upuszcza serce zegara. teraz nić zupełnie uwolniona odpływa w dal. Nie widzę jej już. Tu gdzie stoję nie ma już nic. Jest tylko martwy zegar. Wychodzę z zegara na zewnątrz. Zauważam, że nie tylko zegar zasnął. Drzewa nie poruszają liśćmi, chmury przestały płynąć po niebie, trawa nie porusza się na wietrze. Wiatr też zamarł. Widzę taflę jeziora, na której znieruchomiały kręgi fali. Czuję się bardzo nieswojo, a jednocześnie bardzo mnie to fascynuje.

W tym momencie sen przeskakuje. Stoję w innym miejscu nieruchomego pejzażu. Przyglądam się teraz ptakom, które wiszą w powietrzu, zupełnie jakby powietrze nagle zgęstniało i unieruchomiło ich skrzydła w locie. Mogę podejść bliżej i przyjrzeć się im dokładnie. Zaglądam jednemu w oko. To martwe, niewidzące oko. Coś jest ewidentnie nie tak... Ten statyczny obraz niepokoi mnie coraz bardziej.

Nagle dociera do mnie istota tego, co się dzieje wokół mnie. To nie świat zamarł, ale... ja umarłem. Świat zatrzymał się dla mnie. Czas stanął i nie mogę zrobić niczego, żeby poruszyć go ponownie.

Początkowo przeraża mnie myśl, że już nic nigdy nie będzie tak, jak było wcześniej. Po chwili jednak uspokajam się. Przecież tak naprawdę nic się nie stało. Ciągle istnieję, a tylko świat, który znałem zmienił się. Budzę się w tym momencie z myślą, że umrzeć, to tylko zostawić swoje rzeczy, odłożyć teczkę na bok i iść w dalszą drogę.

Powrót...