Ogród na szczycie góry.

01-12-2005, Melbourne

Ogród na szczycie góry.

Sen zaczyna się w chwili, kiedy idę w kierunku gór. Góry znajdują się dość daleko przede mną. Widzę, że są ogromne z ośnieżonymi szczytami. Nie idę sam. Na tę wycieczkę wybrała się, jak widzę, cała moja rodzina: żona, obie córki i nawet moja mama.

Idąc rozmawiamy ze sobą. W pewnej chwili dociera do mnie, że szczyt, który zamierzamy zdobyć (bo taki jest cel tej wyprawy) jest moim ostatnim odkryciem. Nawet moja mama przyjechała z Polski, aby wziąć udział w tej wyprawie i zobaczyć wspomniane powyżej miejsce.

Po dłuższej chwili docieramy do podnóża góry. Góra jest ogromna, o bardzo stromych zboczach. Do wnętrza góry prowadzi brama. Przechodzimy przez nią i wchodzimy do środka. Panuje tutaj półmrok, ale oczy szybko przyzwyczajają się do ciemności i lęk, który początkowo zaczął pączkować, szybko znika.

Znajdujemy się w ogromnym holu wykutym w skale. Oprócz nas jest tu również kilka osób, które zdają się na kogoś czekać. Są wyraźnie znudzeni i plątają się z miejsca na miejsce usiłując zabić czas. Uśmiecham się do moich towarzyszy i ruszam w kierunku drewnianych schodów. Schody prowadzą bardzo stromo w górę. Nie widać ich szczytu, bo znikają w niewielkiej przestrzeni wykutej w sklepieniu pomieszczenia wewnątrz góry. Czuję wyraźne podniecenie towarzyszące pokonywaniu kolejnych stopni. Przed sobą puszczam obie dziewczynki. To na wszelki wypadek, gdyż jak już zauważyłem, schody są bardzo strome i nie chciałbym, żeby potknęły się i spadły w dół. Będąc cały czas za nimi mogę je asekurować, nie przeszkadzając im we wspinaczce.

Schody, przed chwilą drewniane, zmieniły swój wygląd i teraz wchodzimy po bardzo krętych, kamiennych stopniach. Krok za krokiem... Coraz wyżej... Zupełnie nie czuję zmęczenia. Gnam w górę prawie biegnąc. Po drodze spotykam jakichś znajomych. Dawno ich nie widziałem. Schodząc, mijają nas i wymieniamy pozdrowienia. Ostrzegają, że wybraliśmy się bardzo późno w górę i kiedy dotrzemy na szczyt, to będzie zupełnie ciemno i niewiele skorzystamy. Odpowiadam, że ta wyprawa nie mogła czekać do jutrzejszego ranka i musieliśmy wyruszyć dziś. Uśmiecham się do znajomych i rzucam na odchodne, żeby się nie martwili o nas, bo mamy dobre latarki. Ruszamy dalej.

Schody znowu zmieniają się. Przed chwilą były kamienne i kręte, teraz są wykonane z metalu i skręcane sporych rozmiarów śrubami. Idzie się po nich raczej niewygodnie. Cały czas mam wrażenie, że nie są wystarczająco dobrze skręcone i ruszają się pod nogami. Ten odcinek pokonujemy jeszcze szybciej niż poprzednie. Z radością docieramy do kolejnych drewnianych schodów. Tym razem nie są takie strome. Są za to bardzo szerokie i wydają się niezwykle solidne. Zadzieram głowę do góry i udaje mi się dostrzec ich koniec. Zwiększam tempo. Teraz już prawie biegnę pod górę. Dziwi mnie to, że ilekroć spojrzę w tył, zaledwie kilka kroków za mną znajdują się moja mama i żona. Nie widziałem, żeby biegły tak szybko jak ja, ale nie pozostają daleko w tyle. Cieszy mnie to, że nie muszę na nie czekać. Spoglądam jeszcze raz w górę, żeby zobaczyć gdzie podziały się dziewczynki. Nie widzę ich, ale nie niepokoję się o nie - są już pewnie na szczycie. Po chwili również my docieramy na szczyt. Schody kończą się drzwiczkami. Przez moment pojawia się we mnie niepokój, że drzwiczki mogą już być zamknięte, bo przecież jest bardzo późno i najprawdopodobniej zupełnie ciemno. Naciskam na metalową klamkę i bez żadnego trudu drzwiczki ustępują. Spodziewałem się, że będą skrzypieć, ale nic takiego się nie dzieje. Otwierają się jak po maśle. Przechodzimy przez nie. Za drzwiami czeka na nas... ogród! Tak piękny, że dech zapiera.

Niestety, jest ciemno i nie widać wszystkiego dokładnie. Kiedy wchodzimy do tego cudownego ogrodu, oczy szybko przyzwyczajają się do półmroku i już po chwili widzimy wyraźniej, niż poprzednio. Odnoszę wrażenie, że ten ogród świeci wewnętrznym blaskiem. Jest tu całkiem jasno. Rozglądam się wokół, by sprawdzić czy ktoś tu jeszcze jest, ale szybko orientuję się, że jesteśmy tu sami. Jest cicho. Bardzo cicho. Dzieci, które zazwyczaj korzystają z takich miejsc, żeby błyskawicznie oddać się jakiejś zabawie, stoją teraz z rozdziawionymi gębami o obserwują drzewa pokryte kwiatami. Na ich twarzach maluje się zachwyt. Podobnie zachowują się moja mama i żona. Stoją i rozglądają się wokół. W pewnej chwili dociera do mnie jakieś szemranie. Odchodzę na moment od zachwyconej grupy, by za ścianą kwitnących drzew odnaleźć szczyt wodospadu. Wybija tutaj źródło, które szeroko rozlewa swoje wody. Woda spływa leniwą kaskadą po kamienistym dnie i rozlewa się kilkadziesiąt metrów niżej. Widzę, że moja mama zdejmuje buty i wchodzi do wody. Mówię jej tylko, żeby uważała, bo tam dalej jest bardzo stromo i wysoko, ale ona macha ręką i oddaje się brodzeniu po wodzie.

Widzę, że podchodzi do nas jakaś kobieta. Spodziewam się przez moment, że dostanie nam się za łażenie po wodzie, ale ona tylko uśmiecha się do nas i odchodzi. Dopiero teraz zauważam altankę. To zamykana altanka. Kobieta naciska klamkę, otwiera drzwiczki i wchodzi do środka. Uśmiecham się do siebie na myśl, że to pewnie pracownik tego ogrodu. Fajną ma robotę - może niemal mieszkać w tym miejscu.

Sen pewnie toczyłby się dalej, ale w tym momencie rozlega się dźwięk budzika i rzeczywistość z brutalną siłą zalewa moją świadomość. Bardzo wielkie i niezwykle pozytywne wrażenie wywarł na mnie ten sen.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...