Ołowiane szyby i basen.

23-11-2005, Melbourne

Ołowiane szyby i basen.

Przyśnił mi się wielki dom. Wielka, przeogromna willa. Nie wiem dokładnie po co się w niej znalazłem, ale przechadzałem się po przebogatych pomieszczeniach. Wewnątrz nie było nikogo. Wyszedłem na zewnątrz.

Zauważyłem, że znajdują się tu ludzie. Chyba pracownicy warsztatu samochodowego, który znajdował się na terenie tej posiadłości. Ot, w oddali stał metalowy barak, przy którym stało mnóstwo samochodów. Przyjrzałem się pracującym ludziom. Oni wymontowywali szyby z samochodów i bardzo uważnie przenosili je do znajdującej się nieopodal ciężarówki. Podszedłem do bogato, i nawet trochę zbyt krzykliwie, ubranego człowieka. Odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął się. Zauważyłem, że na palcach ma mnóstwo złotych pierścieni, a na szyi błyszczy złoty łańcuch tak gruby, że można by byka na nim prowadzić. Zapytałem co robią ci ludzie. Odparł, że wymontowują szyby z tych samochodów. Zdziwiłem się, bo przecież samochody były zupełnie nowe! W niektórych jeszcze folia znajdowała się na siedzeniach. Po co wyjmować z nich okna? Mój nowobogacki rozmówca stwierdził, że do tych samochodów zamontowano ołowiane szyby. Dodał, że są to bardzo drogie szyby i w znakomitym stopniu podnoszą bezpieczeństwo. Ołowiany dodatek czyni z nich prawie nietłukące się. Problem z tymi szybami jest tylko taki, że nic przez nie nie widać! Zwłaszcza gdy kierujący pojazdem chce się rozpędzić. Zapytałem, czy mogę pomóc w jakiś sposób? Odparł, żebym pomógł chłopakom ładować szyby na ciężarówkę, bo są już strasznie spóźnieni. Wziąłem się do pracy. Wyjmowałem szyby z ciągle pachnących nowością samochodów i niosłem je tam, gdzie składali je pozostali. Szyby były niezwykłe. Połyskujące metalicznie, ale okrutnie ciężkie.

Po skończonej pracy usiadłem na brzegu basenu i obserwowałem jak ciężarówka wypełniona dziwnymi szybami odjeżdża.

Wychyliłem się i dotknąłem dłonią wody w basenie. Była chłodna. Pomyślałem, że miło byłoby zanurzyć w niej stopy. Zdjąłem buty i podwinąłem nogawki spodni. Woda była rzeczywiście bardzo orzeźwiająca i brodzenie w niej było niezwykle przyjemne. Trochę zdziwiło mnie, że ten basen ma ogromną powierzchnię, ale jest strasznie płytki. Woda sięgała mi ledwo nad kostki. Przyjrzałem się dnu i zobaczyłem, że oprócz mnie, ochłody zażywa jeszcze grupa krabów. Pełzają sobie po dnie i niespiesznie usuwają się spod moich nóg. W pierwszym momencie pojawia się we mnie lęk, że za moment jeden z nich zatopi w moich stopach swoje szczypce. Nic takiego się jednak nie dzieje i lęk znika. Skoro nic nie zakłóca mojego spaceru, brodzę zatem dalej. Po drodze mijam inne, tym razem martwe kraby. Dlaczego nikt ich nie wyjął z basenu? W tym samym momencie dobiega mnie spokojny głos gospodarza. Mówi mi, że nie wyjmuje ich, ponieważ kiedy skostnieją w wodzie łatwiej jest je usunąć. W pierwszym odruchu chcę zaprotestować i stwierdzić, że woda raczej je rozmoczy aniżeli sprawi, że skostnieją. Niemniej dociera do mnie, że być może do wody w basenie dodany jest jakiś środek, który spowoduje wyżej opisany proces.

Budzę się.

Powrót...