Azjatycki koszmar.
12-11-2005, Melbourne
Azjatycki koszmar.
Jestem na ulicy. Jest wielka i szeroka. Pełno ludzi. Nie jest spokojnie - trwają jakieś zamieszki. Szarówka i nieprzyjemne, wszechogarniające uczucie narastającego niebezpieczeństwa.
Sen przeskakuje i widzę teraz, jak jacyś Azjaci pakują ludzi na łodzie. Wyglądają zupełnie jak galery. Są przycumowane do wysokiego brzegu i ludzie są do nich strącani. Widać tu pełno przemocy generowanej ze strony azjatyckich najeźdźców. Stoję w grupie tych nieszczęśników i czekam aż podzielę ich los. Rozglądam się wokół. Obok stoi moja córka Laura. Widzę w jej oczach przerażenie. Łapię ją za rękę i trzymam silnym chwytem, żeby nie zginęła w tłumie.
Grupa ludzi powoli, ale nieuchronnie zbliża się do klifu. Teraz nasza kolej. Widzę przed sobą przepaść, w dole której na wodzie kołysze się łódka. Ja tam mam skoczyć? Spoglądam w dół i widzę ludzi, którzy nie trafili w łódkę. Pływają teraz wokół próbując rozpaczliwie łapać się burty, ale Azjaci biją ich kolbami po głowach. Skaczę, bo boję się, że za moment jakiś bandyta zacznie mnie przekonywać siłą. Spadamy i szczęśliwie udaje nam się wylądować na pokładzie.
Natychmiast zostajemy zagonieni w kierunku rufy, gdzie zebrała się już spora grupa ludzi. Czekamy przez chwilę, aż pokład zapełni się kolejnymi nieszczęśnikami. Kiedy w końcu Azjaci uznają, że jest nas już wystarczająca ilość, łódka odbija od brzegu.
Sen znowu przeskakuje. Stoję razem z Laurą przed jakimś rumowiskiem. Nie, to nie rumowisko - to bardzo dziwnie ukształtowane nabrzeże. Wygląda jak topniejący lodowiec. Pełno tu rozpadlin, stromych uskoków, niepokojąco wysokich wyniesień. Teren od prawdziwego lodowca odróżnia fakt, że jest ukształtowany z kamienia. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego.
Przed nami znajduje się ścieżka, na której co kilkadziesiąt metrów stoi ubrana w lejącą się, jedwabną suknię Azjatka. Każda ma twarz pokrytą jakby woskową maseczką. Nie widać rysów twarzy. Widać tylko pomalowane na krwistoczerwony kolor wargi i ciemne oczy. Pokazują nam drogę trzymanymi w dłoniach wachlarzami. Rozglądam się wokół i widzę, że oprócz tych dziwnie ubranych postaci, znajdują się tu także zamaskowane posterunki z bronią automatyczną. Ruszam w kierunku pokazywanym przez wachlarze. Nie chcę sprowokować tych szaleńców, żeby użyli broni. Podejrzewam, że i tak nas zabiją kiedy wejdziemy na ten dziwacznie ukształtowany teren.
Idąc ścieżką widzę, że znajdują się tu porozrzucane metalowe przedmioty. Jakieś zwoje drutu, metalowe kształtowniki i tym podobne śmieci. Kątem oka dostrzegam, że niektóre z tych przedmiotów... iskrzy! One są pod napięciem! Mówię cicho do Laury, jednocześnie bardzo silnie akcentując każde słowo, żeby nie dotknęła tych metalowych przedmiotów. Tłumaczę, że podejrzewam, że są pod prądem, więc bardzo proszę, żeby trzymała się od nich z daleka. Widzę, że boi się straszliwie i stawia nieporadnie kroki w największym skupieniu. Mijamy wielki zwój drutu, który nie tylko iskrzy, ale nieprzyjemnie buczy. Zupełnie jak transformator.
Teraz nasza ścieżka jeszcze bardziej się komplikuje. Wchodzimy w obszar, w którym znajdują się okropnie głębokie rozpadliny. Upadek w taką wyrwę niechybnie grozi natychmiastową śmiercią. Proszę Laurę, żeby była bardzo uważna teraz. Żeby bardzo dokładnie sprawdzała grunt zanim pewnie postawi na nim nogę.
Widzę, że kilka metrów przed nami, na kamieniu siedzi jakieś dziecko i drży z przerażenia. Ma nie więcej niż trzy lata. Podchodzę do niego i widzę, że to mała dziewczynka. Mówię Laurze, że będziemy musieli pomóc temu dziecku. Biorę je za rękę i lekko ciągnę za sobą. Wtem widzę, jakby w zwolnionym tempie, jak Laurze usuwa się kamień spod nogi i z krzykiem wpada w przepaść. Dopadam do brzegu przepaści i zaglądam w dół. Widzę, że Laura zatrzymała się kilka metrów niżej. Leży na plecach skalnej półce i drga w konwulsjach. Natychmiast domyślam się co się stało - musiała uszkodzić sobie kręgosłup. Biorę za rękę niczego nie rozumiejącą małą dziewczynkę i puszczam się biegiem przed siebie w kierunku najbliższego posterunku z bronią maszynową. Słyszę, że obsługujący ją, prawdopodobnie żołnierz, odbezpiecza broń. Dobiegam jednak zanim zdążył wystrzelić. Widzę, że to dziewczyna. Jest wyraźnie skonfundowana. Nie rozumie co tu robię i czego chcę. Próbuję mówić do niej, że tam w dole leży moja córka. Tłumaczę, że chcę ją wydostać, że może jeszcze uda jej się pomóc... Azjatka w żołnierskim mundurze uspokaja mnie skinieniem ręki. Odwraca się do telefonu, kręci korbą i po chwili przerwy zaczyna mówić w swoim języku. Dziwnym trafem poznaję, że jest to język Kambodżański. Nic nie rozumiem z tego co mówi. Rozmowa jednak trwa dość długo. Odnoszę wrażenie, że jest wielokrotnie przełączana. Nagle czuję jak ktoś ciągnie mnie za rękaw. To Laura! Jest podrapana i krew jej leci z czoła, ale żyje i stoi na własnych nogach. Mówi mi szeptem, że nic jej się nie stało, żebyśmy szli dalej, że już się nie boi. Jestem potwornie zdziwiony. Zupełnie nie wiem co mam myśleć w tej sytuacji. Przecież widziałem swoją córkę leżącą kilka metrów w dole. Nie mogła stamtąd wyjść o własnych siłach! Coś tu nie gra!
W tym momencie odwraca się do mnie Azjatka, odkładając na widełki słuchawkę telefonu. Coś do mnie mówi podniesionym tonem i wyraźnie zdenerwowanym głosem. Mówi w tym swoim "szczekanym" języku, więc zupełnie jej nie rozumiem. Gestem pokazuje mi, żebym odszedł. Odwracam się by udać, że nic się nie stało, ale... budzę się w tym miejscu.
