Tajemnicza nieznajoma.

20-10-2005, Melbourne

Tajemnicza nieznajoma.

Siedzę w oknie jakiegoś domu, który znajduje się nad samą rzeką. Rozglądam się wokół i zauważam, że rzeka meandruje pomiędzy domami. Nie jest to jakaś wielka rzeka - raczej większy strumień. Płynie leniwie w korycie utworzonym z elewacji budynków, które ją otaczają. Przychodzi mi do głowy, że ta rzeczka wygląda zupełnie jak ulica. Uśmiecham się do tej myśli, gdyż wydaje mi się zabawna. Siedzę dłuższą chwilę w oknie tego dziwnego domu i oglądam sobie okolicę. W pewnym momencie dostrzegam postać dziewczyny. Siedzi w oknie domu, oddalonego ode mnie o kilkadziesiąt metrów. Siedzi podobnie jak ja, pogrążona w zadumie, i przygląda się płynącej wodzie. Postanawiam nawiązać z nią kontakt, ale zupełnie nie wiem jak mógłbym to zrobić, aby nie zaburzyć tej ciszy, której oboje słuchamy, i która najwyraźniej sprawia przyjemność nam obojgu. Zauważam, że dom dziewczyny znajduje się poniżej biegu rzeczki. Gdyby tylko udało mi się coś wrzucić do wody...

Rozglądam się po pokoju i zauważam talerzyk z cukierkami. Cukierki to różnokolorowe literki. Wybieram z talerzyka literki tworząc słowa, które chciałbym posłać tej pięknej dziewczynie w dole rzeczki. Wrzucam je w nurt wody, która niesie je dokładnie tam, gdzie spogląda tajemnicza dziewczyna. Widzę, że kiedy do niej podpływają, ożywia się znacznie, rozgląda się i zauważając mnie macha w moim kierunku. Odmachuję i posyłam jej uśmiech. Dziewczyna znika w swoim pokoju. W chwilę później słyszę dzwonek do drzwi. Otwieram je i ze zdziwieniem stwierdzam, że przede mną stoi... autobus. Podjechał tak, że wychodząc z mieszkania muszę wejść do jego wnętrza. Wsiadam do autobusu i od razu dostrzegam tę samą dziewczynę, której posłałem cukierkowe słowa.

Podchodzę do niej i przysiadam się. Ona uśmiecha się do mnie, ale nic nie mówi. Jedziemy tak dłuższą chwilę. W pewnym momencie autobus zwalnia i zatrzymuje się. Widzę, że jakieś dziecko usiłuje wysiąść w ślad za matką, ale nie może poradzić sobie ze zbyt wielkimi - jak na jego małe nóżki - stopniami autobusu. Podrywam się z siedzenia i łapię małego pod ramiona usiłując podać go mamie, ale ona odsuwa się zmuszając mnie abym wysiadł na zewnątrz. Wysiadam więc, stawiam małego na drodze i kiedy usiłuję wejść z powrotem do środka, autobus zamyka przede mną drzwi i odjeżdża. Wrzeszczę w jego stronę i biegnę za pojazdem. Przeklinam w myślach siebie za to, że nie zabrałem sobie normalnych butów i ciągle jestem w kapciach. Na dodatek wokół szaleje zima i muszę biec przez zaspy. Kierowca najwidoczniej zauważył mnie, gdyż zaczął zwalniać i otworzył drzwi. Wsiadam do środka, ale z miejsca otacza mnie grupa jakichś mężczyzn. Śmierdzą wściekle kwaśnym smrodem wina. Jeden z nich zauważa, że jestem w samej koszuli i zaczyna kpić, że "gorący" się znalazł. Grupa łapserdaków wybucha gromkim śmiechem. Facet wyciąga w moim kierunku łapy i stwierdza, że skoro jestem taki gorący, to sobie na mnie zagrzeje dłonie. Kiedy wsuwa je pod moją koszulę, nie wytrzymuję. Wymierzam cios prosto w jego szyję celując w krtań. Facet łapie się za gardło i odsuwa. Jego koledzy też odsuwają się ode mnie pozwalając mi przejść. Stwierdzam, że dziewczyna z którą podróżowałem gdzieś zniknęła. Rozglądam się wokół, ale nie mogę nigdzie jej dostrzec. Robi mi się strasznie przykro i... budzę się.

Powrót...