Sen o szaleństwie.

27-09-2005, Melbourne

Sen o szaleństwie.

Jest późny wieczór. Znajduję się w jakimś zupełnie nieznanym sobie miejscu. Stoję na pogrążającej się w późnowieczornym mroku ulicy. Rozglądam się wokół, ale zupełnie nie rozpoznaję tego otoczenia. W pewnym momencie drzwi jednego z domów otwierają się i widzę, że wychodzi z nich kobieta, w której rozpoznaję swoją żonę. Macha ręką w moim kierunku i woła: "No nie stójże tam tak długo! Wracaj do domu!" Odwracam się i ruszam w jej kierunku. Wchodzę do domu, który w tym śnie był moim domem. W rzeczywistości nie znam takiego budynku. Obce w nim jest wszystko, od koloru ścian, przez rozkład pomieszczeń, aż na umeblowaniu skończywszy.

Widzę moją córkę Laurę, która bawi się z siostrą w pokoju znajdującym się w suterenie. W pewnym momencie akcja snu przyspiesza. Laura wstaje i odchodzi od zabawy. Podchodzi do ściany, na której wiszą jakieś łuki i kusze. Bierze jedną z kusz, sprawnym ruchem, z pomocą kołowrotka, odciąga cięciwę i zakłada bełt. Uśmiecha się jakoś dziwnie w moim kierunku i mówi: "Widzisz, nauczyłam się". W tym samym momencie widzę, jak jej mały paluszek ląduje na spuście. Kolejna sekunda i bełt zostaje wysłany w moim kierunku. Uskakuję w ostatnim momencie. Odwracam się i zauważam, że pocisk utkwił w jakiejś wielkiej komodzie. Kolejny zwrot i oto przede mną stoi Laura z dziwnym uśmiechem oraz nowym bełtem załadowanym w kuszy.

Jestem przerażony! Rzucam się do panicznej ucieczki, ale tym razem bełt dosięga mnie i czuję jak zagłębia się w mojej łydce. Uciekam dalej, ale wyrodna córka bez problemów dogania mnie i po raz kolejny umieszcza we mnie pocisk. Tym razem roztrzaskuje mi łopatkę. Moje przerażenie osiąga zenit. Otwieram drzwi i wypadam z tego domu. Gnam na oślep ulicą. Byle dalej od tego szalonego dziecka! Słyszę za sobą głos żony: "Wracaj! Dokąd ty gnasz?!" Zwalniam i odwracam się. Anka stoi w drzwiach domu. Jest bardzo zdziwiona. Nie widzę nigdzie Laury z jej koszmarną kuszą. Przeszywa mnie jednak myśl, że może czai się gdzieś za rogiem i tylko czeka na mnie. Trudno. Decyduję się podejść do żony. Jestem przerażony. Serce łomocze mi w piersi. Anka patrzy na mnie i zatroskanym głosem mówi: "Co się stało? Dokąd pobiegłeś?" Zbolałym głosem proszę ją, aby mnie uratowała. Błagam, żeby zabrała mnie do szpitala. Patrzy na mnie zdziwiona. W tym samym momencie dostrzegam, że na ścianie wewnątrz domu, tej którą widzę przez otwarte drzwi, rysuje się zarys Laury. Zupełnie jakby ktoś rysował kredą obrys mojej córki. Przyglądam się jeszcze dokładniej i widzę, że kredowy obrys zaczyna się wypełniać. Przypomina to dmuchanie balonu. Obraz najpierw jest płaski, a później powolutku robi się coraz bardziej trójwymiarowy. Teraz już widzę, że stoi przede mną mój mały prześladowca i celuje we mnie swoją kuszą. Zamykam oczy i szepczę do żony, która ciągle stoi przede mną: "Proszę... Weź mnie do szpitala..." Ona spogląda na mnie i mówi: "Dobrze. Spokojnie. Zaraz się ubiorę i cię zawiozę."

Okazuje się jednak, że samochód nie odpala. Musimy iść na nogach. Szpital nie jest daleko. Nie podoba mi się pomysł spacerowania po tej czarnej od mroku nocy ulicy. Tym bardziej, poraniony bełtami... Docieramy w końcu do szpitala. Jestem potwornie zmęczony i obolały. Anka rozmawia chwilę z pielęgniarką i wraca do mnie. Poklepuje mnie przyjaźnie po ramieniu. Ze zdziwieniem zauważam, że to ramię, które mam zmiażdżone. Dotykam zranionego miejsca, ale zupełnie nie czuję jakiejkolwiek rany! Rana na łydce również nie istnieje! Staję się coraz bardziej wystraszony. Moje przerażenie, niepewność i ból są tak wielkie, że zaczynam się cały trząść. Nerwowo chodzę po pustej poczekalni. Podchodzi do mnie lekarka. Uśmiecha się mnie i pyta jak się czuję. Nie potrafię wydusić z siebie choćby jednego słowa. Patrzy tak jeszcze na mnie przez chwilę, po czym odwraca się i mówi, że będę musiał zostać na noc. Słyszę, że pyta o coś Ankę, ale docierają do mnie jedynie pojedyncze słowa: "wcześniejsze incydenty", "psychoza", "schizofrenia". Moje zdenerwowanie jeszcze bardziej narasta. Podchodzi do mnie jakiś pielęgniarz i prowadzi mnie gdzieś. Pomaga mi się przebrać w szpitalne ubranie i kładzie mnie na łóżku. W tym momencie podchodzi do mnie lekarka z poczekalni, patrzy na mnie smutnymi oczami i... wybucha płaczem. Wyciągam ręce w jej kierunku, a ona ciągle szlochając pada mi w ramiona. Mówi, że jestem szczęściarzem, że ona sama chciałaby móc zwariować, ale nie pozwalają jej pacjenci. Łka i mówi, że jest taka zmęczona, że ledwo stoi na nogach, ale przecież nie może uciec w szaleństwo. Cały czas powtarza, że ja to mam fajnie... Jestem wstrząśnięty sceną, która rozgrywa się na moich oczach. Cały czas zastanawiam się, jak ja teraz będę żył? Jak sobie poradzę z tym, że zwariowałem? Jak sobie damy z tym radę? Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie schizofrenii. Tłumaczę sobie, że przecież jestem już za stary na tą chorobę, że nigdy wcześniej nie przydarzyły mi się żadne schizofreniczne incydenty. Że przecież coś musiałbym zauważyć. Nie chcę pogodzić się z tą diagnozą.

Budzę się w tym miejscu.

Powrót...