Potwór w piwnicy.
08-09-2005, Melbourne
Potwór w piwnicy.
Zwiedzałem dziś w nocy jakieś szpitale. Ot, przechodziłem z jednego do drugiego. Jedne czyste, inne zaniedbane. Jedne pełne, inne zaś opustoszałe. Towarzyszy mi uczucie przygnębienia. Nie podoba mi się w nich i nie chcę tu być.
Po dłuższej chwili dociera do mnie cel, w jakim znalazłem się w tym miejscu. Ktoś ukrył tu coś bardzo ważnego i ja to muszę znaleźć. Nie wiem jednak ani czego mam szukać, ani tym bardziej gdzie może się to coś znajdować. Jestem zagubiony.
W pewnym momencie znajduje mnie... Robert de Niro! [W rzeczywistości mój ulubiony aktor. Zaraz po króliku Bugsie i Różowej Panterze.] Mówi mi, że on wie czego szukam i że chętnie mi pomoże. Jestem mu wielce wdzięczny i z radością przyjmuję zaoferowaną pomoc. Prowadzi mnie do klatki schodowej i zaczynamy schodzić długimi schodami w dół - do piwnic. Szpital, w którym się teraz znajdujemy należy do tych mniej przyjemnych. Jest tu pusto i ponuro. Ściany proszą o pomalowanie. Grzyb niszczy je bowiem niemiłosiernie.
Kiedy docieramy na sam dół, okazuje się, że cała piwnica jest zalana. Widać doskonale, że woda stoi tu od bardzo dawna. Tynk odpada od ścian całymi płatami. De Niro ruchem głowy pokazuje mi gzyms, po którym można przejść. Przemieszczamy się zatem stojąc na wystającym gzymsie i trzymając się ściany. Posuwamy się wolno, gdyż oślizłe podłoże jest bardzo niepewne. Zauważam jednak, że Robert pogania mnie bez słowa. Muszę się pospieszyć. Przechodzimy w końcu na drugą stronę zalanego wodą pomieszczenia. Tutaj podłoga wyłania się z wody i można stanąć na niej swobodnie. Wyraźnie jednak widać, że nie tak dawno również w tym miejscu stała woda. Mój przewodnik pokazuje mi jakieś miejsce na ścianie. Spoglądam we wskazanym kierunku i widzę, że ściana jest tam znacznie bardziej zniszczona. Dotykam ją i czuję jak mur kruszy się pod moimi palcami. Zaczynam wygarniać rozmokły cement, piasek i kamienie. Nagle odsłania się przede mną jakaś nisza. Widzę, że jest sucha i cała zasnuta pajęczyną. Chcę ją odmieść, ale de Niro łapie mnie za ramię i zdecydowanym ruchem powstrzymuje mnie. Podaje mi pincetę. Taką długą, laboratoryjną pincetę.
W tym momencie docierają do mnie jakieś głosy. Odwracam się i dostrzegam po przeciwnej stronie pomieszczenia dwie postaci. Przyglądam się dokładniej i rozpoznaję jedną z nich - to John Travolta! Drugim mężczyzną jest jakiś stareńki Azjata. Długa, siwa broda i takież same wąsy. Wygląda jakby go wyciągnęli z idiotycznego filmu karate, w którym kreuje rolę mistrza. Robert wydaje się być zaniepokojony. Mówi, żebym się pospieszył z tym, co robię. Odwracam się i zaczynam odgarniać pajęczynę wręczonym mi narzędziem. Nagle, zupełnie niespodzianie, łapię za coś innego niż pajęczyna - to coś przypomina jaszczurkę. Jest zielonożółte, pokryte łuskami i niezwykle żywe. Złapane w pincetę wije się i tak wygina ciało, żeby złapać mnie zębami za palec. Bardzo trudno jest mi utrzymać tego stwora. Przyglądam się mu jednak uważniej i dostrzegam, że początkowe porównanie do jaszczurki jest jednak daleko nieprecyzyjne. Przypomina raczej bardzo małego krokodyla. Od klasycznych przedstawicieli tego gatunku różni go jednak fakt, iż stwór ten posiada błoniaste skrzydełka, przynajmniej sześć (a może osiem?) zbyt długich łap, a w pysku wyraźnie błyszczą mu ostre kły jadowe. Przędzie też pajęczynę. De Niro pochyla się nade mną i szepcze mi do ucha: - Widzę że złapałeś tego skurczybyka. Uważaj na niego. To bardzo niebezpieczne bydle. Łapię pincetę drugą ręką i z całej siły zaciskam na ciele potworka. Stalowe kleszcze zagłębiają się w łuskowatym ciele stwora. Kiedy go rozgniatam, wypływa z niego jaskrawozielona, potwornie śmierdząca żelowata ciecz. Odwracam się i widzę, że nasi filmowi goście wpadają w szał, kiedy dociera do nich co zrobiłem. Zaczynają krzyczeć coś niezrozumiale. W pewnym momencie słyszę, jak wąsaty starzec zaczyna intonować jakieś zaklęcie. Obie postaci na moment rozbłyskają fluorescencyjną poświatą, która w chwilę później znika. Widzę, że magia starca jest bardzo skuteczna, bo obaj zaczynają biec po wodzie w naszym kierunku. Kiedy dobiegają, budzę się.
