Uratowane dziecko.
30-08-2005, Melbourne
Uratowane dziecko.
Jestem nad jeziorem. Nie wiem co to za miejsce. W rzeczywistości nigdy wcześniej nie widziałem jeziora ukształtowanego w ten sposób. Towarzyszą mi cztery osoby. Dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Obie towarzyszące nam dziewczyny są bardzo pociągające. Co rusz spoglądam z wyraźnym zadowoleniem w ich kierunku.
W pewnym momencie postanawiamy się wykąpać. Dzień jest bardzo gorący i wizja kąpieli w chłodnej wodzie wydaje się być niezwykle atrakcyjnym pomysłem. Wszyscy wchodzimy do jeziora i zaczynamy się chlapać przy brzegu. Postanawiam odpłynąć kawałek dalej i chwilę popływać na głębszej wodzie. Sprawia mi to wielką przyjemność. Widzę chlapiące się w oddali znajome towarzystwo. Woda wokół mnie nie wydaje się być brudna, aczkolwiek jest zupełnie nieprzejrzysta. Zupełnie jakbym pływał w płynnym srebrze - powierzchnia obija otoczenie w sposób uniemożliwiający dostrzeżenie tego, co znajduje się pod wodą. W pewnym momencie jedna z dziewczyn odłącza się od pochłoniętej zabawą grupy i podpływa do mnie. Zatrzymuje się przede mną, spogląda mi w oczy i obejmuje mnie za szyje rękami. Wyraźnie czuję na sobie jej dłonie. Pozostając w objęciu, zaczynamy płynąć w kierunku brzegu w bardzo nietypowy sposób - ona tyłem, a ja przodem. Zupełnie, jakby mnie holowała...
Nagle czuję uścisk na swoich nogach. Znowu bardzo wyraźnie czuję jak zaciskają się na moich kolanach jakieś dłonie. Zaczynam się zastanawiać, jak to możliwe, wszak dłonie mojej towarzyszki pozostają na moim karku. Przeszywa mnie lęk, iż coś mnie złapało i pewnie za moment zacznie wciągać mnie w głąb. Nic takiego jednak nie ma miejsca. Uścisk na moich kolanach jakby zelżał, ale nadal czuję go bardzo wyraźnie. Dopływamy w ten sposób do brzegu. Dopiero teraz mogę sprawdzić, co też przyczepiło się do mnie. Sięgam w dół i łapię jakąś maleńką rączkę. Powoli wyciągam nad powierzchnię wody... martwe niemowlę. Wywołuje to oczywiste poruszenie wśród moich znajomych. Odbierają ode mnie dziecko, kładą na ręczniku na brzegu i wnikliwie je oglądają. Wszyscy stwierdzają, że jest martwe i dochodzą do wniosku, że musiało dość długo przebywać w wodzie. Spoglądam na maleńką twarzyczkę, która ma ciemnosiny kolor i jest obrzmiała od wody. Patrząc tak, czuję jak przenika mnie smutek. Wtem twarz dziecka zaczyna przybierać jakby jaśniejszy odcień. Wydaje mi się, że dostrzegam delikatne poruszenie warg, czy też drgnięcie powieki. Odpycham pochylającego się mężczyznę i porywam niemowlę na ręce. Krzyczę, że ono żyje i żeby ktoś pilnie zadzwonił po pomoc. Nie od razu towarzystwo reaguje. Muszę kilka razy ponowić swoje żądanie. Dopiero kiedy niemowlę otwiera oczy i spogląda tępym, pustym wzrokiem przed siebie, ktoś wyjmuje telefon i wykręca numer pogotowia.
Sen się kończy w tym miejscu, ale powraca po chwili...
Oto minęło kilka lat. Sceneria jest zupełnie inna. Znajduję się na międzynarodowym terminalu lotniska w Melbourne. To miejsce, w odróżnieniu od poprzedniego jest mi dobrze znane. Czekam na samolot do... Moskwy. Dopiero teraz dociera do mnie po co lecę do Rosji. Otóż lecę tam odwiedzić chłopca, którego wyciągnąłem z wody w pierwszej części snu. Uświadamiam sobie, że udało się uratować dziecko, i po jakimś czasie adoptowała je rodzina Rosjan. Przybrani rodzice skontaktowali się ze mną i podali mi adres, pod którym mogę odwiedzać chłopca. Gorąco zaprosili mnie, abym przyjechał do nich przy pierwszej, nadarzającej się okazji. W tym właśnie celu lecę do Moskwy. Samolot, do którego wsiadłem, okazał się niewielkim samolotem. Zupełnie nie przypominał międzykontynentalnych Jumbo-jetów, do widoku których jestem przyzwyczajony.
Podróż nie trwała zbyt długo i wydawała się przebiegać niezwykle spokojnie. Wtem samolotem coś gwałtownie szarpnęło! Po chwili wszystko wróciło do normy. Drzwi do kabiny pilotów otworzyły się i stanęła w nich pani pilot. Ku mojemu szczeremu zdziwieniu okazała się być nią moja rodzinna lekarka. Uspokajała nas, że wlecieliśmy na teren, na którym trwają działania wojenne i zostaliśmy ostrzelani. Powiedziała, że samolot jest zabezpieczony przed takimi niespodziankami i nie ma powodów do paniki.
Budzę się w tym momencie.
