Makabryczny spektakl karła.

21-06-2005, Melbourne

Makabryczny spektakl karła.

Do mojego miasta przyjeżdża cyrk. Rozbijają wielki namiot i rozlepiają afisze wszędzie gdzie się da. Afisze przedstawiają postać, która jest zakryta białą materią (prześcieradło? płachta?), a w ręku trzyma pejcz. Właśnie stoję przed jednym z afiszów i czytam zawarte na nim informacje. W tym śnie byłem policjantem. Miałem przyczepiony do swojego pasa pistolet i chyba pager.

W pewnym momencie w mojej głowie zakwita seria obrazów z przeszłości. W tych wizjach jestem znacznie młodszy. Widzę siebie jak wbiegamy razem z moim partnerem do jakiegoś mieszkania w bloku. Wokół unosi się potworny zapach rozkładającego się ciała. Jest ciemno, ale wyraźnie widzę na ścianach plamy krwi. Całe mieszkanie wygląda jakby przeszło przezeń tornado. Wbiegając do środka musimy przeskakiwać przez szereg leżących pod nogami przedmiotów. Nagle w kącie jednego z pomieszczeń majaczy jakiś biały kształt. To postać z plakatu! Domyślam się, że to mężczyzna. Karzeł. Płachta białej materii zakrywa go bardzo dokładnie. Rozglądam się wokół i widzę, że w różnych miejscach mieszkania znajdują się na wpół rozłożone dziecięce trupy. Trzy dziewczynki w wieku 10-13 lat. Widzę, że są potwornie powykręcane. Ktoś musiał je torturować przed śmiercią. Jednej z nich brakuje ręki, a inna ma rozbitą głowę... w zasadzie brakuje jej połowy czaszki. Widok jest tak przerażający, że nie mogę dłużej skupiać się na obrazie. Spoglądam znowu na stojącego w kącie karła. Widzę, że postać zaczyna... znikać. Robi się coraz bardziej przeźroczysta i zasnuta mrokiem tego makabrycznego mieszkania. Po chwili nie ma jej zupełnie.

Obraz zmienia się i oto znowu stoję przed słupem i przyglądam się niesamowitemu afiszowi. Powoli, ale nieuniknienie rodzi się we mnie przerażenie. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że nie mogę dopuścić, aby "przedstawienie" doszło do skutku.

Podejmuję szereg działań, aby w istocie do niego nie doszło, ale nie pamiętam zupełnie jakich. Nie udaje mi się jednak wcielić w życie tego planu i oto do cyrku zaczynają schodzić się ludzie. Widzę masę ludzi, którzy przyprowadzają ze sobą dzieci. Wszyscy się śmieją i są rozbawieni. Oto zagrała muzyka i przedstawienie się zaczyna. Stoję w przejściu i obserwuję rozwój wypadków. Widzę jak na arenie pojawiają się artyści. Wszystko wydaje się być bardzo typowe, ale ja wiem, że to tylko pozory. Prawdziwy "spektakl" zacznie się za chwilę...

Oto skończyli swój pokaz żonglerzy i nieuchronnie, zgodnie ze sztuką cyrkową, powinien pojawić się klaun. Pojawia się, a i owszem. To postać z plakatu oraz moich wcześniejszych reminiscencji. Nie widać jego twarzy, ponieważ cały ukrywa się pod białą materią. Zaczyna mówić. Jego głos jest bardzo spokojny i słuchanie go sprawia przyjemność. Niemalże usypia. Słuchając tego głosu myśli stają się ciężkie, a umysł zaczyna falować w rytm intonacji, której używa. Z trudem udaje mi się opanować i pozbierać myśli. Dociera do mnie, że łotr usiłuje nas wszystkich zahipnotyzować! Stoję jeszcze przez chwilę w przejściu i zupełnie nie może mi się pomieścić w głowie to, co słyszę. Zakapturzony klaun mówi, że zaczyna zabawę w swoim stylu. Każdego, którego uda się złapać, będzie poddawał wymyślnym torturom, które skończą się śmiercią kandydata. Tortury będą tym bardziej okrutne, im trudniej będzie złapać uciekiniera. Wszyscy podrywają się z miejsc i rzucają się do ucieczki. Z jakichś powodów niektórzy z tłumu usiłują pochwycić innych uciekających. Niektórym się to udaje i wloką pojmanego w kierunku potwornego klauna.

Nie czekam aż jakiś dowcipniś złapie mnie i przyczyni się do mojej śmierci. Odbiegam kilkadziesiąt metrów i chowam się za węgłem jakiegoś budynku. Kiedy zgraja zahipnotyzowanych widzów mija mnie, wychodzę ze swojego ukrycia i podchodzę do namiotu. W głowie mam tylko jedną myśl - muszę jakoś unicestwić tego karła. Pamiętam jednak, że jest to stwór nie do końca materialny. Wszak kiedy ostatnio się spotkaliśmy, rozpłynął się w powietrzu...

Udaje mi się dotrzeć do namiotu i ukryć się pod miejscami dla widzów. Mogę teraz obserwować nikczemnika z ukrycia. Widzę, że przy współudziale zahipnotyzowanych nieszczęśników, udało mu się dopaść kilka ofiar. Właśnie przywiązuje ich do jakichś przyrządów. Widzę na twarzach tych ludzi prawdziwe przerażenie. Już nie znajdują się w znieczulającym transie, już zniknął z ich twarzy wyraz ekstatycznego błogostanu. Karzeł zaczyna ich chłostać i wydaje się być wyraźnie zadowolony ze sprawiania bólu tym nieszczęśnikom. Widzę, że do namiotu wciągane są kolejne ofiary.

Wtem ktoś zaczyna ciągnąć mnie za nogi. Ktoś mnie złapał! Woła po pomoc. Przybiega kolejny nieszczęśnik urzeczony słowami karła. I jeszcze jeden, i jeszcze... Już nie mam możliwości poradzić sobie z nimi. Rzucają się na mnie. Przygważdżają do ziemi i wloką w kierunku sceny.

Budzę się w tym momencie. Jestem zlany potem i szczerze przerażony.

Powrót...