Zły duch na kamienistej drodze.
16-05-2005, Melbourne
Zły duch na kamienistej drodze.
Jestem w Chinach w towarzystwie dwóch facetów. Wysłała nas tu jakaś telewizja w celu nakręcenia programu dokumentalnego na jakiś temat. Nie znam moich towarzyszy, ale wiem, że razem ze mną pracują. Jeden jest dźwiękowcem, a drugi kamerzystą. Wygląda na to, że mnie przypadła rola prowadzącego program.
Właśnie idziemy ulicami jakiegoś chińskiego miasta. Jest późny wieczór, a może nawet noc zdążyła się już zacząć. Okolica nie jest sympatyczna. Mijamy stare budynki. Jeden z nich przypomina mi świątynię. Na frontowej ścianie znajdują się wykute w kamieniu smocze głowy przystrojone szarfami. Mijam to gmaszysko, ale ciągle odwracam głowę i spoglądam z zaciekawieniem w jego stronę. Budynek robi oszałamiające wrażenie.
Wtem spotykam jakiegoś człowieka. Zaczynam z nim rozmawiać łamaną chińszczyzną (w rzeczywistości potrafię w tym języku powiedzieć może 5 słów), ale po chwili obaj przechodzimy na angielski i jest już dużo łatwiej. Kamera idzie w ruch. Rozmawiamy o piractwie komputerowym i o związanych z nim bardzo wysokich karach wymierzanym przez chiński rząd ludziom trudniącym się tym procederem. Człeczyna opowiada ściszonym głosem o ciężkim więzieniu, a nawet o częstych przypadkach śmierci w majestacie prawa. Wywiad nie trwa długo i moja ekipa rusza w dalszą drogę. Kierujemy się wąską dróżką na szczyt jakiegoś wzgórza. Dróżka wije się pomiędzy drzewami i powoli wznosi się przechodząc w końcu w znaczną stromiznę. Teraz pniemy się powoli po kamienistej i nieprzyjemnej drodze. Po jakimś czasie postanawiamy odpocząć. Chłopaki zrzucają z siebie balast w postaci kamer i wielkich toreb pełnych bliżej niesprecyzowanych przedmiotów. Siadamy na wielkich głazach i zaczynamy prowadzić niezobowiązującą rozmowę, kiedy nagle sen znacznie przyspiesza, przyjmując niesamowity wprost obrót...
Nagle czuję potworny ból w klatce piersiowej! Usiłuję krzyczeć, ale nie jestem w stanie. Jestem jakby sparaliżowany. Przez głowę przechodzi mi myśl, że najprawdopodobniej mam zawał, ale przez czerwoną mgłę, która zasnuła moje oczy widzę, że pozostałych dwóch moich towarzyszy już leży na ziemi i wije się w bolesnej agonii. Padam na kamienistą drogę czując, że ból narasta jeszcze bardziej. Nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą. Usiłuję złapać oddech, ale nie jestem w stanie. Jestem sparaliżowany, Dociera do mnie, że to najprawdopodobniej jest jakiś gaz i oto za moment dokonamy żywota w chińskich górach... Wtem ucisk na pierś słabnie. Leżę przez chwilę napawając się ulgą, czując jednocześnie, jak ciepłe łzy ciekną mi po policzkach. Usiłuję się podnieść, ale nie udaje mi się to. Leżę odpoczywając. Mija kilka minut i znowu podejmuję próbę powstania. Tym razem bez najmniejszego trudu. Udaje mi się to zbyt łatwo... Spoglądam pod nogi i widzę, że nadal leżę w miejscu, w którym leżałem. Spoglądam na swoje ręce - są półprzejrzyste. Dociera do mnie, że jednak umarłem i oto mój duch wyszedł z ciała. Moja duchowa postać siada na kamieniu i próbuje pozbierać myśli. To co się stało jest dla mnie zbyt wstrząsające. Zupełnie nie wiem co mam robić. Kiedy tak siedzę i myślę, w przebłysku świadomości dociera do mnie, że stałem się ofiarą złego ducha, który grasuje na tej drodze prowadzącej do świątyni i wysysa z żywych istot energię życiową.
Kiedy tak siedzę pogrążony w rozmyślaniach, kątem oka widzę, że moje ciało, a także ciała moich kolegów zaczynają się rozkładać. Rozkładają się w tempie zauważalnym. Widocznie czas dla istot duchowych biegnie znacznie szybciej - myślę sobie i przez dłuższą chwilę obserwuję, jak moje ciało schnie i krusząc się rozpada. Już w zasadzie niewiele go zostało. Postanawiam ruszyć w górę drogi, aby dojść do świątyni, ale szybko zdaję sobie sprawę, że zupełnie nie mam siły. Jestem kompletnie wykończony. Najwidoczniej zły duch wyciągnął ze mnie całą energię.
Siadam znowu na skraju drogi i zaczynam się zastanawiać w jaki sposób mógłbym nabrać tej energii. Odpowiedź na te dylematy rozwiązuje się sama. Widzę w oddali kilka psów, które najprawdopodobniej zwabione zapachem śmierci, przyszły w poszukiwaniu padliny. Widzę, jak obwąchują to, co zostało z trójki filmowców. Podchodzę bliżej, ale zdają się zupełnie mnie nie zauważać. Łapię jednego! Pies usiłuje się wyrwać i wyraźnie widzę przerażenie w jego ślepiach. Nie udaje się mu ta rozpaczliwa próba ucieczki i czuję jak słabnie. Czuję również, jak ja sam nabieram siły. Kiedy nieszczęsne zwierze zastyga w śmiertelnym bezruchu, rozglądam się za kolejnym, ale pozostałe uciekły. Energia, którą udało mi się pozyskać z psiaka nie wystarcza mi na wiele. Czekam dalej. Udaje mi się po chwili w ten sam sposób pozbawić życia jakąś starą kobiecinę, a później kilku młodych mężczyzn. Czuję, że staję się coraz silniejszy. Nawet myślę sobie, że teraz mógłbym się spokojnie zmierzyć z Wielkim Czarownikiem. Taki jestem potężny. Znowu podchodzi jakaś osoba. To kilkunastoletnia dziewczyna. Już miałem pochwycić ją za ręce, kiedy ta zatrzymuje mnie gestem, uśmiecha się do mnie i mówi, że jestem wystarczająco potężny, żeby teraz udać się do świątyni. Już więcej energii nie potrzebuję i powinienem iść tam w górę, gdzie pomogą mi. Usiłuję dowiedzieć się kim jest ta dziewczyna i dlaczego ona może mnie widzieć, ale budzę się w tym momencie.
