Skok stulecia.

08-05-2005, Melbourne

Skok stulecia.

Sen zaczyna się w chwili, kiedy leżę w towarzystwie mojego kolegi K. przed starym domem w Polsce. Leżymy sobie na leżakach i leniwie sączymy piwo rozmawiając o czymś mało ważnym. W pewnej chwili dostrzegam, że zbliża się do nas wielka fala. Rozumiem paradoksalność tego zjawiska, jako że mój dom w Polsce znajdował się pod Krakowem, zatem jakakolwiek fala była zupełnie nieoczekiwana i szczerze mówiąc niemożliwa. Niemniej, wyraźnie widzę zbliżającą się do nas falę i ostrzegam K., żeby ratował się, bo za moment zostaniemy porwani. On jednak uśmiecha się i odpowiada, że on się nijakiej fali nie boi, a poza tym jaka fala może nas tutaj dostać. Fala jednak nieubłagalnie dociera do nas i rozlewa się w wielkie rozlewisko. Woda sięga nam do kostek, co okazuje się zupełnie niegroźne, ale już widzę jak zbliża się ku nam kolejna fala i tym razem zdaję sobie sprawę, że może okazać się niebezpieczna. Ostrzegam go ponownie, ale pozostaje niewzruszonym sceptykiem. Uciekam. Fala dopada mnie przed samym wejściem do domu i niewiele brakuje, a przewróciłaby mnie swoim impetem. Kątem oka widzę, że nadciągają kolejne fale - istne Tsunami! Tym razem kolejna fala porywa mnie i niesie ze sobą. W pewnej chwili pojawia się myśl w mojej głowie, która każe mi zanurkować i złapać się jakiegoś krzaka. Wody ciągle przybywa, a ja zdaję sobie sprawę, że fale mają charakter raczej powierzchniowy, więc jeśli będę poniżej poziomu wody, nie zostanę porwany. Tak też robię i już po chwili czuję, że przetacza się nade mną potężna fala niosąca przeróżne przedmioty. Za nią przelewa się kolejna i kolejna. Wyczekuję chwili pomiędzy falami, aby wynurzyć się i zaczerpnąć tchu. Udaje mi się to, a widząc, że następna fala jest jeszcze dość daleko, płynę do drzwi wejściowych mojego domu. Udaje mi się ich dopaść w ostatnim momencie. Fale przelewają się jeszcze jakiś czas, aż wszystko uspokaja się i powraca do normy.

Nagle daję sobie sprawę, że ja mam przecież coś do zrobienia! Mam udać się do pobliskiego klasztoru! Dlaczego jeszcze mnie tam nie ma? Wsiadam do samochodu i jadę we właściwe miejsce. Kiedy docieram do celu okazuje się, że to co znajduje się przede mną to w zasadzie są jedynie ruiny klasztoru. Zachowała się jedna wieża i jakieś przejścia zalane wodą, które w przeszłości zapewne były klasztornymi krużgankami. Rozglądam się wokół i stwierdzam, że cały klasztor znajduje się na środku jeziora, które z czasem pochłania jego kolejne mury, powodując że za kilka lat zniknie zupełnie pod powierzchnią wody. Dziwi mnie również fakt, że nie prowadzi tu żadna droga, czy też ulica. Fakt, że zupełnie nie mam pojęcia jak się tu znalazłem jest wynikiem działającego przypływu, który połknął ulicę. Idę w kierunku samotnej wieży. Wchodzę przez otwarte odrzwia i wchodzę na górę krętymi schodami. Na szczycie znajduje się jedynie jedna komnata (cela?), w której drzwi pukam. Otwierają się one przede mną, a w nich stoi śliczna złotowłosa dziewczyna. To strażniczka! - coś we mnie szepcze. Uśmiecham się do niej i zaczynam niezobowiązującą rozmowę. Rozmawiamy i śmiejemy się radośnie. Nie znam jej, ale dziewczyna pozbawiona towarzystwa i skazana na samotność chętnie podejmuje rozmowę. Po chwili proponuje mi napój. Podaje go w kryształowych kielichach. To wino. Smakuje przepysznie. Korzystając z jej nieuwagi, wrzucam do jej kielicha jakąś tabletkę, która natychmiast rozpuszcza się musując przez moment. Strażniczka wychyla resztę wina i dalej rozmawiamy. Po jakimś czasie strażniczka zaczyna zachowywać się bardzo dziwnie. Jest nienaturalnie ożywiona, a źrenice jej oczu przypominają dwa spodki. Tak, narkotyk zaczął działać.

Spoglądam w dół i dostrzegam w dali łódź, która kieruje się w stronę klasztoru. Podpływa pospiesznie do krużgankowego przejścia i wysiadają z niej dwaj mężczyźni. Szybkim krokiem idą do placu na którym rośnie drzewo i stoi jakiś cokół, na szczycie którego odpoczywa w pozycji siedzącej rzeźba świętego. Zupełnie nie mam pojęcia co to za święty, ale zupełnie mnie to nie interesuje. Cały czas staram się rozmawiać z odurzoną narkotykiem strażniczką, ustawiając się tak, aby nie miała okazji dojrzeć co też dzieje się u podnóża jej wieży. Od czasu do czasu widzę bardzo wyraźnie jak posuwają się prace dwóch mężczyzn. Właśnie usiłują za pomocą dwóch wielkich łomów odłupać rękę świętemu. Widzę, że posąg trzyma w swojej prawicy klepsydrę. Skądś wiem, że moim wspólnikom chodzi właśnie o tę klepsydrę. Czas upływa, a oni mają spore trudności w zdobyciu tego łupu. Spoglądam na strażniczkę i widzę, że ona nie będzie sprawiać nam żadnej trudności - jest odurzona i gada coś bez ładu i składu błądząc wzrokiem w chmurach.

W pewnym momencie dociera do mnie stukot i łomot. Spoglądam w dół i widzę, że chłopaki odłamali kawał posągu i teraz u podnóża cokołu leży głowa, kawałek tułowia i ręka z klepsydrą. Łomot wyostrza jednak zmysły strażniczki, która teraz stara się zorientować w sytuacji. Bardzo utrudnia jej to szalejący w jej arteriach narkotyk, ale walczy sama ze sobą i już po chwili udaje jej się osiągnąć pełen obraz tego co tu zaszło. Nie czekam bynajmniej na rozwój wypadków i puszczam się pędem w dół po krętych schodach. Kiedy udaje mi się dotrzeć na sam dół, widzę jak łódź właśnie odpływa. Spoglądam w kierunku rzeźby i widzę, że chłopakom udało się odłamać świętemu dłoń wraz z klepsydrą. Biegnę teraz tam, gdzie zostawiłem samochód. Stoi tam dokładnie tak jak go zostawiłem. Wsiadam do środka i już zamierzam odjechać, kiedy nagle zdaję sobie sprawę, że wcale nie muszę się spieszyć. Rozsiadam się i czekam przez chwilę wsłuchując się w dźwięk syren samochodów policji, które wydają się zbliżać z dużą szybkością. Już po chwili dwa samochody policji przejeżdżają obok mnie. Odwracam się i widzę czekającą na nie strażniczkę. Uśmiecham się pod nosem i powoli odjeżdżam. Budzę się.

Powrót...