Moje dwie żony.
29-04-2005, Melbourne
Moje dwie żony.
Podjeżdżam samochodem pod jakiś wielki budynek i parkuję w jednej z wolnych zatoczek. Oprócz mnie w samochodzie jest również moja żona. Nie wiem po co tu przyjechaliśmy, ale nasza obecność jest w jakiś sposób uzasadniona skoro już tu jesteśmy. Siedzimy w samochodzie pogrążeni w milczeniu i ewidentnie na coś czekamy. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że ten budynek to wielki szpital. To szpital psychiatryczny. Nie wiem skąd przychodzi mi to do głowy, bo przecież nigdzie nie widzę żadnych napisów ani tablic, które pozwoliły by mi dojść do takiego przekonania. Niemniej uświadamiam sobie co to za miejsce i wierzę, że tak właśnie jest.
Siedzimy jeszcze przez chwilkę, aż w pewnym momencie mija nas samochód-wywrotka wyładowany czymś do granic możliwości. Przyglądam się bliżej przewożonemu ładunkowi. Wygląda to jak odpadki po remoncie: jakiś gruz, wielkie foliowe płaty do zabezpieczania mebli, etc. Wywrotka mija nas powoli, a ja ruszam za nią. W ten sposób wjeżdżam na zagrodzony teren szpitala. Ot, brama otwarła się wpuszczając transport, a ja przemykam się za jadącym przede mną samochodem. Wywrotka podjeżdża do jakiegoś budynku i bez zbędnych ceregieli zrzuca cały ładunek pod ścianą, po czym odjeżdża. Wychodzimy wraz z żoną z samochodu i podchodzimy do wysypanego ładunku. Mam możliwość dokładnego przyjrzenia się temu, co się tam znajduję. Z niekłamanym przerażeniem stwierdzam, że są to... zwłoki ludzkie owinięte w foliowe płaty i silnie okręcone klejącą taśmą. Wyglądają jak koszmarne lalki. Ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby w ten sposób owinąć każdą kończynę w folię.
Spoglądam pytająco na Ankę. Ona odpowiada, że w tym budynku musi być spalarnia odpadów i jednocześnie krematorium dla zmarłych pacjentów tego szpitala. Stwierdzam, że to raczej dziwny sposób pozbywania się zmarłych, ale najwidoczniej tak właśnie jest. W pewnym momencie jedna z koszmarnych kukieł poruszyła się i wydała stłumiony jęk. W tej samej chwili po moim karku przebiegł sznureczek mrówek z odmrożonymi łapkami, a wszystkie włosy stanęły mi dęba... - Ten żyje! - syknąłem i rzuciłem się w stronę owiniętego w folię nieszczęśnika. Zacząłem odpakowywać ciało, które najwidoczniej przez przypadek znalazło się na tym stosie. Kiedy odwinąłem głowę, z prawdziwym zdziwieniem stwierdziłem, że zawinięta jest w nie... moja żona! Ale jak to możliwe, skoro ona stoi obok mnie i pomaga mi odpakować ciało? Jak to możliwe, że nie przyprawia jej to o zdziwienie podobnie jak mnie? Po chwili udaje nam się zerwać z tej kobiety całą folię i oto przed nami staje sobowtór mojej żony! Oto przede mną znajdują się dwie kobiety, które są swoimi wiernymi kopiami... Moje zdziwienie jest tak ogromne, że nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa, a co dopiero móc je tutaj opisać. Obie moje żony zaczynają ze sobą rozmawiać i wcale nie są zdziwione tą sytuacją...
Jedynie po ubraniu jestem w stanie rozpoznać tę, która jeszcze chwilę temu czekała razem ze mną na ten koszmarny transport w samochodzie pod budynkiem szpitala. Wchodzimy do samochodu i wyjeżdżamy tą samą bramą, którą tu wjechaliśmy. Nie umiem pozbierać myśli. Przez skórę czuję, że jestem świadkiem czegoś niesłychanie niesamowitego, ale jednocześnie coś we mnie każe mi stwierdzić, że to coś zupełnie naturalnego. Spoglądam we wsteczne lusterko i dostrzegam kątem oka, że obie panie rozmawiają w najlepsze zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że ja wyglądam jakbym zobaczył ducha.
Jadę tak przed siebie i zastanawiam się, jak teraz będzie wyglądało moje małżeństwo, przecież w tej sytuacji wszystko się zmieni...
