Polityka i seks.
25-02-2005, Melbourne
Polityka i seks.
Zastrzelono prezydenta Kwaśniewskiego. Zamach został wykonany niezwykle precyzyjnie i prezydent padł martwy zgodnie z planem mordercy. Kraj został bez przywódcy i szybko musiał stawić czoła podłamującej się gospodarce, upadającej złotówce i z wszystkimi "przyjemnościami" związanymi ze stopniowym pogrążaniem się w chaosie. Rząd musiał zadziałać błyskawicznie. Szybko rozpisano referendum, w którym Polacy mieli zaproponować kogo chcą widzieć jako reprezentanta swojego kraju. Nie było już czasu na kampanie prezydenckie, ani na wybory. Nowy prezydent, którego wybiorą rodacy miał zostać zaprzysiężony natychmiast po ujawnieniu jego nazwiska.
Referendum z bardzo wysoką frekwencją właśnie się zakończyło i prezydentem wybranym z woli ludu okazał się być Karol Wojtyła. Mój sen zaczyna się w chwili, kiedy nowy prezydent ma zostać zaprzysiężony. Cała uroczystość odbywać się ma w jakiejś wielkiej, gigantycznej restauracji. Na placu przyległym do właśnie wspomnianej jadłodajni ma odbyć się ogólna zabawa. Stoję wśród zebranych ludzi i czekam na przyjazd Wojtyły. Pełno tutaj szych z polskiej sceny politycznej. Wszyscy czekają w nabożnym skupieniu. W końcu jest! Przyjeżdża czarną limuzyną. Wysiada z niej z wielkim trudem i odprowadzany jest bezpośrednio do sali jadalnej. Nowy prezydent nie jest na siłach przemówić do narodu. Mowy więc nie będzie. Plac przed restauracją natychmiast zamieniony zostaje w wielki parkiet. Zaczyna grać jakiś zespół muzyczny i wszyscy ruszamy do tańca. Tańczymy przed budynkiem, w którym właśnie odbywa się zaprzysiężenie prezydenta. Przez przyciemnione szyby widać siedzących i dyskutujących ze sobą panów w czarnych garniturach oraz Wojtyłę w swoim białym stroju.
W pewnym momencie w tłumie ludzi dostrzegam M.B. moją koleżankę ze szkoły podstawowej. Nie widziałem jej od zakończenia podstawówki! Ona również dostrzega mnie i zbliża się do mnie tanecznym krokiem. Jest pięknie ubrana w jakieś zwiewne szaty. Nigdy nie uważałem jej za szczególną piękność, ale widzę, że z brzydkiego kaczątka wyrósł łabędź zjawiskowej wprost urody.
Przedziera się przez tłum tańczących i kiedy w końcu do mnie dociera usiłujemy wymienić kilka zdań, ale zgiełk jest tak wielki i muzyka gra tak głośno, że musimy do siebie krzyczeć żeby cokolwiek usłyszeć. Nie udaje nam się porozmawiać, ale postanawiamy dzisiejszy wieczór spędzić w swoim towarzystwie. Tańczymy. Porywa mnie ekstatyczny taniec dodatkowo potęgowany pięknem towarzyszącej mi partnerki. M.B. tańczy w sposób zapierający dech w piersiach. Dowiaduję się, że właśnie tańcem zarabia na życie. Nie jeden taneczny turniej wygrała. Tańczymy nadal, choć czuję się niepewnie w jej towarzystwie. Zdaję sobie sprawę, że tańczę z gracją stołowej nogi i dość znacznie mnie to deprymuje. Uspokajam się jednak, kiedy jej zdaje się to zupełnie nie przeszkadzać. Czas mija, zabawa rozkręca się coraz bardziej i bardziej. Nasz taniec trwa nieprzerwanie i coraz większych nabiera blasków. Dostrzegam, że moja partnerka epatuje mnie erotycznie. Niby niechcąco, niby przypadkiem jej zwiewna suknia odsłania się ukazując mi jej nagie biodro, to znów przez ułamek sekundy widzę odsłoniętą jej pierś. Tańczymy nadal porwani ekstazą.
Po pewnym czasie tłum ludzi jakby się rozluźnił. Jest bardzo późno. A może wcześnie rano? Nie, jest późno - miasto tonie w mrokach nocy. Zabawa jednak dobiega końca i ludzie zaczynają się rozchodzić. M.B. spogląda na mnie i prosi, żebym odprowadził ją do domu. Mieszka tuż obok. Dziwne, bo nie znam zupełnie tego miasta. Przyjechałem przecież tutaj uczestniczyć w ceremonii zaprzysiężenia prezydenta. Wydaje mi się, że restaurację skądś znam, ale zupełnie nie przemawiają do mnie ani przyległe budynki ani ulice biegnące między nimi. Moja partnerka jakby czytała w moich myślach. Stwierdza, że muszę być obcym w tym mieście. Dziwi mnie, że mówi mi to po angielsku, ale uspokajam się, kiedy zdaję sobie sprawę, że to po prostu cytat z utworu Pink Floyd, w rytm którego jeszcze przed chwilą tańczyliśmy. Zaprasza mnie do siebie abym mógł przeczekać do rana. Uśmiecha się, bierze mnie za rękę i powoli zagłębiamy się w mrok miasta. Idziemy przed siebie, a ja ciągle czuję, że jej dłonie błądzą po moim ciele. Głaszcze mnie po plecach i pośladkach. Ewidentnie ten wieczór zakończy się w łóżku. Po jakimś czasie docieramy do do jej mieszkania. Mieści się ono w starej kamienicy. Do mieszkanka trzeba wspinać się po starych, drewnianych schodach, które z każdym krokiem zagrażają zawaleniem się. Nic takiego jednak nie ma miejsca i po chwili jesteśmy już w jej mieszkanku. Małe ono i zapuszczone, ale w miarę przytulne. Tak jak podejrzewałem - jeszcze w ciemności która mnie otacza słyszę zgrzytnięcie klucza w zamku drzwi wejściowych i po chwili czuję jak przywiera do mnie jej nagie ciało.
Daruję sobie może dalsze opisy tego, co miało miejsce w tym niewielkim mieszkanku, bo jest to w końcu dział traktujący o snach, a nie kółko literackie dla przyszłych autorów pracujących dla wydawnictwa Harlequin. Wypada jednak przytoczyć zakończenie tego snu, które wydaje mi się dość istotne.
Po nocy spędzonej w ramionach mojej koleżanki z podstawówki, której - jak już zauważyłem wcześniej - nie widziałem w rzeczywistości od ponad 15 lat, zastał mnie nowy dzień. Drzwi, które zostały zamknięte kilka godzin temu, teraz zupełnie bez konieczności używania klucza, otwarły się na oścież. Przez te drzwi zaczęli wchodzić ludzie. Zaczęło robić się dość tłoczno. Mojego nocnego sukkuba już nie było, a ja leżałem w tym obcym łóżku całkiem nagi. Ludzie wchodzili, przyglądali mi się przez chwilę i wychodzili. Jedni z drwiącym uśmiechem na twarzy, inni coś szepczący do siebie pod nosem, a jeszcze inni żywo dyskutujący z pozostałymi o tym, co przed momentem zobaczyli. Budzę się w tym miejscu.
Podejrzewam, że sen, a przynajmniej jego początek, stanowi produkt mojego wstrząsu jaki spowodowała śmierć Zdzisława Beksińskiego. Niemniej kierunek w jakim się rozwinął jest dla mnie raczej zagadką. Kiedy sięgam pamięcią, trudno jest mi znaleźć sny o tak silnym zabarwieniu erotycznym. Innymi słowy bardzo rzadko śnię takowe. Koleżanka z klasy również nigdy nie wzbudzała we mnie nijakich tęsknot, że nie wspomnę o pożądaniu. We śnie jednak padło zarówno jej imię jak i nazwisko, z przypomnieniem którym w rzeczywistości miałbym spore problemy.
Nie chciałbym również wywoływać niepotrzebnej dyskusji o moich preferencjach oraz antypatiach politycznych. Dodam jedynie, że polityka interesuje mnie w stopniu podobnym temu, jakim darzę sytuację ekonomiczną w narzeczu Górnej Wolty. Nigdy nie interesowałem się polityką i nadal stanowi ona dziedzinę życia dla mnie niezrozumiałą i odrażającą.
