Amerykański obóz koncentracyjny.

10-02-2005, Melbourne

Amerykański obóz koncentracyjny.

Sen zaczyna się w chwili, kiedy stoję nieopodal ogrodzenia. Widzę jakichś ludzi, ubranych w szare stroje robocze, pracujących na polach znajdujących się poza ogrodzeniem. Wyglądają zupełnie jak rolnicy. Dziwi mnie jednak fakt, iż są oni odizolowani za pomocą wysokiego ogrodzenia. Nie wyglądają też na zbyt szczęśliwych. Ich praca nie wydaje mi się ciężka. Jeden z nich siedzi już od dłuższej chwili i zdaje się sortować jakieś małe przedmioty na dwie kupki. Inny grabi siano, a jeszcze inny znosi jakieś puste kosze. Ludzie ci zupełnie ze sobą nie rozmawiają. Ot, zdają się być zajęci swoimi pracami i zupełnie nie zwracają uwagi ani na siebie, ani nawet na mnie, który stoi przy siatce ogrodzenia i przygląda im się z zainteresowaniem. Postanawiam sprawdzić gdzie się znajduję. Sięgam do plecaka i wyjmuję mapę. Dopiero teraz zauważyłem, że jestem ubrany jak na wyprawę badawczą. Mam na sobie typowy dla podróżników strój koloru piaskowego, na głowie specjalny kapelusz, a towarzyszy mi wielki, wypchany po brzegi plecak. Rozkładam mapę i widzę, że to mapa... Stanów Zjednoczonych. Dziwna to mapa. Niby przedstawione zostały na niej wszystkie stany, to wystarczy skupić wzrok na jakimś mniejszym obszarze, a mapa natychmiast zmienia skalę i wyostrza obraz tak, żeby dokładnie było widać tylko to miejsce, na które się patrzy. Widzę, że znajduję się na jakichś pustkowiach Arizony. W miejscu, w którym właśnie się znajduję, widnieje pusta plama. Ze zdziwieniem stwierdzam, że tego miejsca nie ma na mapie.

Odwracam się do robotników za płotek i wołam do nich czy mogą mi powiedzieć co to za miejsce. Większość ludzi zupełnie mnie ignoruje, natomiast kilku posyła mi pełne lęku spojrzenia i odchodzą. Pytania zaczynają wyskakiwać w mojej głowie niczym bąbelki w wodzie sodowej. Co to za miejsce? Dlaczego moja mapa nie pokazuje mi gdzie jestem? O co tu chodzi?

Postanawiam sprawdzić sam co to takiego i ewentualnie nanieść na mapę, tudzież skorygować nieścisłości jeśli takowe by się pojawiły. Wyjmuję z plecaka cęgi do cięcia drutu i wycinam sobie przejście w ogrodzeniu. Ludzie zupełnie na mnie nie zwracają uwagi. Z trudem przeciskam się na drugą stronę. Kiedy już znajduję się poza ogrodzeniem, nagle ta sielska atmosfera spokoju zmienia się. Słyszę jakieś krzyki dobiegające z oddali. Głosy zdają się zbliżać coraz szybciej. Widzę, że ludzie, którzy do tej pory byli pogrążeni w pracy, zaczynają zachowywać się bardzo nerwowo. Siedzący wstają czym prędzej. Wszyscy odkładają narzędzia pod specjalnie w tym celu zaimprowizowane zadaszenie. Układają się w pary. Zupełnie jak dzieci w przedszkolu. Jedyną różnicą jest to, że nie trzymają się za ręce. Stoję z boku i przyglądam się tej scenie. Nie trwa to jednak zbyt długo. Podbiega do mnie jakiś wojskowy i każe mi zdjąć plecak i położyć go tam, gdzie przed chwilą pozostali zdeponowali swoje narzędzia. Posłusznie wykonuję co mówi i spokojnie czekam na dalszy rozwój wypadków. Wojskowy popycha mnie do dwuszeregu, ale że nie mam swojej pary, staję na jego końcu samotnie. Padają jakieś kolejne rozkazy i nasz przedszkolny pochód rusza przed siebie. Kiedy wojskowy odchodzi dalej, cicho pytam parę idącą przede mną co to za miejsce. Słyszę jak jeden z nich szepcze do mnie, że to jest amerykański obóz koncentracyjny. Nie ma go na żadnej mapie, gdyż miejsce to jest utajnione. Nikt nie wie, że w Ameryce znajdują się takie miejsca. Ludzie osadzeni w tym obozie są skazani na zatracenie przez ciężką pracę i eksperymenty medyczne. Wyrażam zdziwienie, i wątpliwość w prawdziwość tych słów, ale szepczący przede mną człowiek jakby mnie nie słyszy. Mówi, że potężny rozwój medyczny w Stanach jest możliwy tylko dzięki miejscom takim jak to. Tutaj mogą testować najdziksze swoje pomysły. Ludzi do eksperymentów biorą z ulicy. Są to głownie bezdomni i nikomu niepotrzebne jednostki jak narkomani, sutenerzy czy w końcu prostytutki. Wszyscy ci, których zniknięcia nikt nie zauważy.

Ponownie wyrażam zdziwienie i wątpliwość, bo przecież wygląda to raczej jak zwykłe więzienie, a ich praca wcale nie wydała mi się jakoś znacząco ciężka. Głos teraz szepcze, że to wszystko dla zmylenia. Prawdziwa natura tego miejsca ujawnia się dopiero w górze.

W górze? Spoglądam przed siebie i dostrzegam potężny masyw górki, do którego zmierzamy szybkim krokiem, by po chwili stanąć u podnóża góry. Znajduje się tu ogromne wejście przesłonięte masywnymi, stalowymi wrotami. Brama powoli zaczyna się otwierać i nasza grupa wchodzi spokojnym, równym krokiem do środka. Panuje tu półmrok. W pierwszym momencie nic nie widzę. Muszę poczekać, aż oczy przywykną mi do tego marnego oświetlenia. Już po chwili mogę się rozejrzeć. To wielka hala wykuta w środku góry. Potwornie wielka. Wysoka na parędziesiąt metrów i tyle samo głęboka. Na środku znajduje się stalowa konstrukcja. Schody prowadzą na górę i w dół. Wewnątrz konstrukcji jeździ winda gigantycznych rozmiarów. Widzę jak zatrzymuje się przed nami. Wchodzimy do środka i jesteśmy wiezieni w górę. Po chwili winda zatrzymuje się i wychodzimy z jej wnętrza prosto w jakiś ciemny tunel. Idziemy kilkaset metrów. Po obu stronach, co kilkanaście metrów znajdują się niewielkie drzwiczki. Domyślam się, że to cele. Zewsząd dobiegają mnie jakieś przytłumione jęki. W powietrzu unosi się lepka woń wilgoci. Zatrzymujemy się przed jednymi z drzwi. Wojskowy otwiera je, a nasza grupa wchodzi pojedynczo do środka. Tutaj znajdują się maty leżące na gołej skale. Domyślam się, że tu przyjdzie mi spędzić najbliższe godziny. Wszyscy rozkładają się przy - jak się domyślam - swoich matach. Bez większych problemów znajduje się mata również dla mnie. Ktoś jednak mówi mi, żebym się nie rozsiadał, bo za chwilkę po mnie przyjdą. Zdziwiony spoglądam na niego, ale jego słowa znajdują szybko potwierdzenie w rzeczywistości. Otwierają się drzwi i do środka wchodzi jakiś wojskowy, który na mundur ma narzucony lekarski kitel. Wskazuje na mnie i mówi: "Ty - chodź no tu! Mamy dla ciebie lepsze miejsce. Przejdziesz do B2!"

Słyszę jak po sali rozchodzą się szepty "B2... B2... B2... Biedny głupiec... B2... No to już po nim...."

Zaczynam się bać i budzę się w tym miejscu.

Powrót...