Sen o wieży.
26-01-2005, Melbourne
Sen o wieży.
Sen zaczynam pamiętać w chwili, kiedy wchodzę po schodach do góry. Przede mną kręcone schody. Wspinam się wyżej i wyżej. Niespiesznie mijam kolejne piętra. Po dłuższej chwili docieram do szóstego piętra. Przechodzę przez półokrągłe drzwi i wychodzę na balkon. Rozglądam się i zauważam, że znajduję się w budynku podobnym do Krzywej Wieży Pizie. Pode mną sześć pięter, a nade mną jeszcze więcej. Ot, wieża aż do chmur.
Stoję teraz na balkonie i patrzę w dół. Przede mną cudowny widok: lazurowa toń oceanu wcinająca się w głąb lądu. Na brzegu rozciągają się cudownie zielone lasy. Widok jest tak piękny, że zapiera mi dech w piersiach. Zauważam oparty o ścianę przedmiot. Wygląda zupełnie jak sanki wykonane z kawałka plastyku w kształcie liścia. Pewnie znacie takie sanki - podkłada się je pod tyłek trzymając między nogami za wyprofilowaną rączkę i ziiiuuuu w dół z górki. Coś jak na igelitowym worku. Coś bardzo podobnego stoi oparte o ścianę. Sięgam po te saneczki i podkładam je sobie pod zadek, jednocześnie stając na balustradzie balkonu. Delikatne odbicie i... już płynę w powietrzu powolutku opadając w kierunku ziemi. Uczucie jest cudowne! Lekki wiaterek owiewa moją twarz. Czuję się cudownie. Dookoła mnie cisza. Podziwiam widoki rozpościerające się pode mną. Cudownie!
Mój powolny lot kończy się i delikatnie opadam u podnóża wieży. Zaaferowany zaczynam kolejną wspinaczkę. Tym razem mijam szóste piętro i zatrzymuję się na siódmym. Och! Stąd widoki są jeszcze piękniejsze! Siadam na sankach i znowu spadam. Tym razem jednak czuję pewien delikatny lęk. Coś mi mówi, że jestem za wysoko. Niby czuję się świetnie, ale pojawia się coś na kształt lęku wysokości. Kiedy spokojnie i bezpiecznie ląduję w tym samym miejscu co poprzednio, zaczynam wspinać się na ósme piętro. Po drodze, na schodach, spotykam jakichś ludzi. Wymieniamy uwagi o locie. Oni oczywiście przyszli polatać tak samo jak ja. Pytam ich, z którego piętra zaczynają. Mówią mi, że z jedenastego. Spoglądam na nich z podziwem i mówię, że ja idę na ósme, ale trochę się boję. Moje obawy dotyczą tego, że kiedy skoczę, to saneczki mogą wymsknąć mi się spod tyłka, albo nie utrzymam ich w początkowej fazie lotu i runę w dół łamiąc sobie kark. Oni uśmiechają się ze zrozumieniem, a kobieta (spotkałem bowiem starszą parę) mówi mi, że to typowe. Jedyne co muszę zrobić to uwierzyć w swoje możliwości i przełamać strach. Właśnie dochodzimy do ósmego piętra i żegnam ich. Znowu przygotowuję się do skoku. Boję się jak cholera, ale widoki pode mną szybko przekonują mnie, abym skoczył. Robię to i choć kurczowo trzymam rączkę saneczek, coraz bardziej podoba mi się ten lot. Budzę się w tym miejscu.
