Widun na klifie.
13-01-2005, Melbourne
Widun na klifie.
Mieszkam na jakimś klifowym wybrzeżu. Mam małą chatkę z drewna. Domek jest strasznie stary, ale schludnie utrzymany. Widzę siebie siedzącego na ganeczku tego domu, patrzącego w dal. Jestem starym człowiekiem. Dotykam swojej twarzy i wyraźnie czuję ogorzałą skórę pokrytą zmarszczkami. We śnie miałem świadomość tego, że w rzeczywistości jestem znacznie młodszym człowiekiem. Dziwi mnie fakt, że moja twarz jest stara, że moje ręce są stare. Widzę swoje ubranie - poszarpane szare spodnie, szara koszula, której czasy świetności przeminęły całe lata temu. Siedzę sobie tak na ganeczku przed swoją chałupinką i patrzę w morze. Widzę, że nadciąga sztorm. Widzę zbierające się chmury, które gęstnieją z każdą minutą. Robi się coraz ciemniej i ciemniej. Czuję w swoich siwych włosach coraz silniejszy wiatr. Czuję drobiny wody na twarzy. Szarość przybliża się do brzegu i już po chwili obejmuje swoimi chłodnymi i wilgotnymi łapami wszystko co mnie otacza. Jest zimno, ale nie przeszkadza mi to w żaden sposób. Siedzę tak jak siedziałem oparty na sękatej lasce.
Nagle w tej szarej, mglistej wilgoci dostrzegam obraz. Widzę jakichś dwóch mężczyzn, którzy biją trzeciego. Nagle zdaję sobie sprawę, że właśnie dlatego siedzę na ganeczku swojej chatki - czekam na wizje, które przynosi mi sztorm. Wiem, że jestem jedyną osobą, której morze pokazuje te obrazy. Teraz jednak nie myślę nad tym. Przyglądam się w milczeniu scenom, które rozgrywają się przed moimi oczami. Widzę je w oddali. Trochę niewyraźnie. Zupełnie jakby przeszkadzała mi odległość oraz szalejąca w koło ulewa, ale jednocześnie wizje są na tyle żywe i wyraźne, że jestem w stanie dokładnie je obejrzeć. Widzę teraz, że bity nieszczęśnik upadł i kuli się u nóg swoich oprawców, którzy kopią teraz swoją ofiarę. Widzę tył głowy jednego z nich. Jest krótko ostrzyżonym szatynem. Dostrzegam pieprzyk tuż za jego lewym uchem. Koduję w pamięci te obrazy. Wizja pokazuje teraz leżącego na ziemi mężczyznę, który jest już nieprzytomny, oraz pochylających się nad nim jego katów. Widzę, że obszukują ciało. Wyciągają mu z wewnętrznej kieszeni kurtki jakąś kartę. Czytają ją i ukontentowani swoim znaleziskiem odchodzą niespiesznie w szarość ulicy. Wizja się kończy.
Sen przeskakuje do przodu. Jestem w swoje chatce i krzątam się przy kuchence. Coś chyba przyrządzam sobie do jedzenia. Słyszę pukanie do drzwi. Powoli idę otworzyć. W drzwiach stoi dwóch policjantów. Witają się ze mną. Znamy się. Zapraszam ich do swojej chatki. Wchodzą i siadają na drewnianych taboretach, które stoją pod ścianą. Pytają mnie: "Dziadku, nie widzieliście czasem czegoś tej nocy?". Okazuje się, że oczekują mojej opowieści o tym, co pokazało mi wzburzone morze. Opowiadam tyle ile pamiętam. Wydają się bardzo zainteresowani moją opowieścią i notują każde moje słowo. Na koniec wyjmują jakiś niewielki zwitek banknotów i kładą je na moim drewnianym stoliku. "Kupcie sobie, dziadku, jakieś jedzenie." - mówią - "Wiemy, że tu do was nikt nie zagląda." Odpowiadam im z uśmiechem, że nikt przecież nie lubi widuna.
Sen się kończy w tym miejscu.
