Śmiertelna wschodnia strefa.
30-11-2004, Melbourne
Śmiertelna wschodnia strefa.
Jestem w Stanach. Spaceruję z M. po mieście. Przyjechaliśmy tu najprawdopodobniej w charakterze pary kochanków. Miasto zupełnie mi nieznane, więc tym chętniej je zwiedzam. Sam proces spaceru jest co najmniej niecodzienny. Znajdujemy się miejscu, które przypomina mi ogromny kompleks handlowy. Gigantyczne budynki z nieskończenie długimi korytarzami. Od czasu do czasu trzeba wspomóc się systemem wind, które wiozą nas na inne piętra (raz wyższe, raz niższe), aby umożliwić dalsze zwiedzanie. Korytarze są bowiem na różnych kondygnacjach. Przy każdej windzie widnieją mapki, pokazujące drogę. Oglądając je zaczynam rozumieć, że całe to miasto, to jeden wielki budynek. Zamiast ulic, niekończące się labirynty wind i korytarzy. Bez mapek ani rusz...
Nasz hotel znajduje się w południowej części miasta (na mapie oznaczony jako South Zone) na 9 piętrze. Chcemy dostać się do wschodniej dzielnicy (East Zone), gdyż znajdują się tam interesujące nas sklepy. Żeby jednak tam trafić, trzeba wyjechać na 12 piętro windą, a następnie iść spory kawałek korytarzem, aby dostać się do innej windy, która zawiezie nas na czwarte piętro i dopiero wtedy znajdziemy się w rejonie korytarza, którym dojdziemy do interesującej nas dzielnicy. Strasznie to zakręcone, ale dzięki oznaczeniom na ścianach i mapkom przy drzwiach wind nie jest to takie straszne i już po chwili wiemy jak się poruszać w tym dziwnym mieście.
Korytarze są różne. Jedne zakręcają delikatnymi łukami, inne zaś pod kątami prostymi. Jedne są wyłożone dywanikami, inne wykładziną, jeszcze inne parkietem, a niektóre wyglądają jakby przed chwilą zostały ukończone - surowa podłoga z betonu. Na ścianach widnieją różne obrazy. Niektóre w wielkich ramach, inne zaś w szklanych antyramach. Jedne przedstawiają malarstwo olejne, inne to zwykłe reprodukcje. Niektóre są dziecięcymi bazgrołami. Czasami mijamy rozwieszone na ścianach kilimy, innym razem plakaty, a niektóre ściany są odarte ze wszystkiego i sprawiają przytłaczający nastrój. Windy, podobnie jak korytarze i podłogi, są we wszystkich możliwych wariantach. Niektóre nie mają drzwi w kabinie, inne trzeba otwierać ręcznie, a jeszcze inne otwierają się same. Jedne jadą szybko, inne strasznie wolno.
Właśnie czekamy na windę, która ma za chwilkę podjechać. Nad drzwiami wyświetlana jest informacja o tym, na jakim piętrze winda się znajduje oraz przypuszczalny czas jej przyjazdu. Widzę, że do jej pojawienia się na naszym piętrze zostało jej kilka minut. Oddaję się rozmowie z M., która opowiada mi jakieś wydarzenie z niezbyt odległej przeszłości. Dykteryjka jest zabawna i śmiejemy się wesoło. To właśnie w tym miejscu zdaję sobie sprawę z celu naszej wizyty w tym mieście i słusznie podejrzewam jej erotyczno-romantyczny charakter. M. od czasu do czasu pochyla się w moim kierunku i całuje mnie raz namiętnie, innym razem przelotnie.
Kiedy tak rozmawiamy (flirtujemy) ze sobą, podchodzi do mnie jakaś mała, może sześcioletnia, dziewczynka. Mówi do mnie po polsku, że mnie zna. Jestem tak wstrząśnięty tą informacją tak bardzo, że nie wiem co mam powiedzieć. Dziecko uśmiecha się i mówi do mnie, że zna mnie doskonale i wie po co tu przyjechałem. Rozmawiając ze mną zachowuje się jak typowe, dziecko - bawi się, spaceruje, robi sobie karuzelę trzymając jedną ręką jakiejś rury. Rozmawia ze mną półsłówkami, co jakiś czas spoglądając w moją stronę, jakby chciała widzieć moją reakcję na jej rewelacje.
Podjeżdża winda. Wsiadamy do środka wraz z M. Dziecko zostaje i dalej się bawi. Drzwi windy zamykają się, a my jedziemy w dół. Kiedy docieramy na miejsce i winda otwiera drzwi, aby umożliwić nam wyjście, z niekłamanym zdziwieniem stwierdzam, że dziewczynka już tu jest i ewidentnie czeka na mnie. Kiedy mnie zauważa, podchodzi do mnie i łapiąc mnie ręką za nogi (tak na wysokości ud) zaczyna mnie odchodzić dookoła zapewniając sobie kontakt z moją osobą dotykając mnie ciągle dłonią. Mówi do mnie równoważnikami zdań, że ma dla mnie znacznie więcej informacji, ale teraz nie może mi powiedzieć wszystkiego. Pytam skąd mnie zna? Jak udało się jej znaleźć na tym piętrze, skoro widziałem, że nie wchodziła do windy, a o ile wiem, w tych budynkach nie ma schodów... Ona nie przerywając obchodzenia mnie wokół stwierdza, że tego też się dowiem w swoim czasie. Nagle odskakuje ode mnie stając kilka kroków dalej. Wlepia we mnie wzrok i widzę, że jej oczy lśnią jakąś dziwną żółcią. Wygląda strasznie demonicznie. Cedzi przez zęby zupełnie nie swoim głosem: "Idźcie... do... swojego... hotelu. Nie... idź... do... East... Zone. Ty... tam... zginiesz....". Kiedy wypowiada te słowa, odwraca się gwałtownie i puszcza się pędem w głąb korytarza znikając za łukowatym zakrętem.
Jestem wstrząśnięty i przerażony. Spoglądam na M. i widzę, że jest równie zdziwiona i zaskoczona. Cofamy się do windy, która właśnie podjechała. Winda mknie z zawrotną prędkością i zatrzymuje się na jakimś piętrze. Zaczynamy iść przed siebie korytarzem zalanym jaskrawo niebieskim światłem. Boję się. Chcę się wydostać z tego budynku, ale nie jest to możliwe. Nie ma stąd wyjścia - to przecież jest miasto. Nie można tak łatwo uciec z miasta! Zaczynam bać się coraz bardziej. Mój nastrój szybko udziela się M., która usiłowała jakoś sprowadzić tę sytuację do intelektualnego poziomu. Teraz jednak widzę jej przerażenie. Idziemy coraz szybciej przed siebie. Teraz korytarz zamienia się w oszklony przesmyk. W górze widać niebo i słońce. Trwa to zaledwie chwilę i za moment połyka nas podobnie niebieski tunel. Jeszcze bardziej przyspieszamy kroku. Już niedaleko. Jeszcze tylko windą w dół... Wsiadając do windy odwracam się i widzę pod ścianą dziewczynkę stojącą nieruchomo i wpatrzoną we mnie nie swoimi, żółtymi oczami. W mojej głowie eksploduje przerażająca myśl: "Zginę w East Zone... Cholera, zginę gdziekolwiek, nie tylko tam...". Drzwi windy zamykają się z typowym szelestem. Zjeżdżamy. W chwilę później jesteśmy na korytarzu, z którego zaczął się nasz spacer. Hotel już blisko. Przechodzimy przez jakieś rozsuwane, oszklone drzwi. Przerażenie zmusza mnie aby puścić się biegiem przed siebie. Odwracam się do M. żeby prosić, aby przyspieszyła i widzę za nami nieruchomą, znajomą postać z płonącymi żółtymi ślepiami... "Uciekaj... Uciekaj..." brzęczy mi w głowie. Mijamy rozsuwane drzwi.
Budzę się. Sen się jednak nie kończy! Rozglądam się po ciemnym pokoju. Widzę wezgłowie łóżka, ściany, okno. Gdzieś na pograniczu jawy i snu dociera do mnie, że przecież uciekam przed koszmarną zjawą rodem z Egzorcysty Williama Blatty. Znowu zapadam w sen, ale tym razem zupełnie świadomie stwierdzam, że nie chcę się obudzić. Nie chcę uciekać. Chcę wrócić, dorwać dziecko i wyciągnąć wszelkie możliwe informacje. Widzę jak szklane drzwi zasuwają się powoli, ukrywając za sobą żółtooką przerażającą postać. Idę w jej kierunku. Rozsuwam drzwi i widzę, że dziewczynka znika za rogiem. Dociera do mnie, że nigdy jej nie złapię. Zna przecież każdy zakamarek tego miasta. Teraz naprawdę zaczynam się bać. Budzę się na dobre. Siadam na łóżku i dyszę zdenerwowany. Długo nie mogłem się uspokoić. Cały czas chodzi mi po głowie pytanie. Czym jest East Zone i dlaczego tam właśnie zginę?
