Śnieżny kosynier.
21-10-2004, Melbourne
Śnieżny kosynier.
Stoję na wielkim, naprawdę gigantycznym stoku. Początkowo wydawało mi się, że jest to coś na kształt nasypu, ale później w jakiś sposób przekonuję się, że jest to jednak twór naturalny.
Jest zima. Dookoła mnie pełno śniegu. Nie popełnię wielkiego błędu jeśli stwierdzę, że napadło grubo ponad dwa metry. Idę przed siebie i podziwiam bajkowe obrazy, jakie maluje przed moimi oczami ta śnieżna kraina. Śnieg ciągle pada. Nie bardzo, ale cały czas.
W pewnym momencie widzę w oddali jakąś postać, która wykonuje jakieś bardzo zsynchronizowane ruchy. Nie jestem w stanie rozpoznać kim jest, ani co robi ta osoba - jestem zdecydowanie za daleko. [Kurcze, we śnie też jestem krótkowidzem.]
Idę niespiesznie w kierunku tej dziwnej postaci. Ciągle rozglądam się wokół i podziwiam obrazy roztaczające się przede mną. W końcu podchodzę na tyle blisko, że jestem już w stanie rozpoznać postać. To mój mechanik - D. Ale co ona tam robi? On... kosi śnieg! Trzyma w rękach wielką kosę i zamaszystymi ruchami ścina śnieg. Idzie mu to jakoś strasznie niezręcznie. Źle trzyma kosę i ścina śnieg pod górę. Obcięty śnieg spada na niego, sypie mu się pod nogi i zupełnie uniemożliwia pracę. Podchodzę do niego bliżej i pytam co też on wyprawia.
D. spogląda na mnie i miast pozdrowić mnie wesoło jak ma to w zwyczaju, warczy w moim kierunku: "Ślepy jesteś? Koszę przecież!" Pytam, czy nie mogę mu jakoś pomóc, a on na to oddaje mi kosę i mówi: "Koś tu. Ja się zmęczyłem. Tylko się pospiesz, bo inaczej ten cholerny śnieg nas zasypie na amen." Biorę narzędzie i zaczynam kosić. Koszę spokojnymi, równymi pociągnięciami. Ostrze wchodzi w śnieg jak masło. Zastosowałem inną technikę koszenia - koszę śnieg przed sobą kierując się w dół stoku. Odcięte kawałki śniegu spadają w dół.
W pewnym momencie dociera do mnie cały absurd tej sytuacji. Przecież stok jest ogromny! Nie dość, że ciągnie się przez wiele kilometrów, to jeszcze przede mną dobre parędziesiąt metrów w dół. W życiu nie wykosimy tego śniegu, choćbyśmy nie wiem ile się tu męczyli.
Nagle potykam się, przewracam i zaczynam spadać w dół. Stok jest nachylony pod kątem przynajmniej 60 stopni do podłoża, więc sunę z coraz większą werwą i prędkością. Cała ta swoista sanna twa dość długo, ale w końcu zaczynam wytracać impet i coraz bardziej zwalniam aż do całkowitego wyhamowania.
Jestem teraz u podnóża stoku. Rozglądam się dookoła. No tak, wpadłem w dolinę pomiędzy górami, a stokiem z którego zjechałem. Pewnie chwilę zajmie mi wydostanie się z tego miejsca. Tym bardziej, że zapadam się w głębokim śniegu. D. coś krzyczy do mnie z góry, ale niestety nie rozumiem ani słowa. Widzę jak bierze kosę, która wypadła mi z rąk na górze i zabiera się się do pracy. Kosi teraz moją metodą - długie, posuwiste ruchy i w dół, nie w górę jak poprzednio. Widzę jak śnieg odskakuje od ostrza i zaczyna zsuwać się w moim kierunku.
Nagle w mojej głowie wyskakuje myśl, niczym bąbelek w szampanie - on spowoduje lawinę i zasypie mnie w tej niecce! Zaczynam rozglądać się gdzie by tu uciekać zanim będzie za późno. Jednak uspokajam się widząc, jak śnieg miast spadać pociągając za sobą lawinę, zsuwa się spokojnie po stoku. Stoję tak na dole przyglądając się temu zsuwającemu się śniegowi i znowu zaczyna mi się tu podobać. Budzę się.
