Trzy sny.
09-10-2004, Melbourne
Trzy sny.
pierwszy...
Właśnie przeprowadzam się do jakiegoś nowego domu. Podejrzewam, że wynajmuję ten dom, gdyż daleko mu do perfekcyjnego stanu. Inaczej mówiąc: nie kupiłbym chałupy w takiej ruinie. Wnoszę meble i inne rzeczy z pozostałymi członkami mojej rodziny: żoną, dwójką dzieciaków i... ciotką. [Ciotka w rzeczywistości dawno nie żyje. Nigdy też nie utrzymywaliśmy bliższych stosunków aniżeli kartka na święta.] Rozpakowujemy te nasze graty. Daje się wyczuć jakiś podwyższony poziom napięcia. Dziewczynki pokrzykują na siebie.
W pewnym momencie otwieram drzwi do jednego z pomieszczeń i staję jak wryty... Przede mną zieje z ziemi wielka dziura! Coś jakby pozostałość po kopaniu studni. Ale kto przy zdrowych zmysłach kopie studnię na środku pokoju? Czeluść jest naprawdę imponujących rozmiarów. Myślę, że ma około 6-7 metrów średnicy i przynajmniej 5 metrów głębokości. Ot, wielka dziura w ziemi na środku pokoju...
Stwierdzam, że schodzę na dół. Przewiązuję się w pasie liną i opuszczam się powoli w głąb. Kiedy docieram na dół, z jeszcze większym zdziwieniem stwierdzam, że na dnie dziury znajduje się całkiem sympatycznie urządzony pokoik... Stoi tu lampa, łóżko, jakiś prowizoryczny stół i krzesło. Widzę też pod ścianą zdezelowany stolik pod telewizor. Stwierdzam, że będę tu mieszkał. Nade mną słychać odgłosy świadczące o podekscytowaniu i niewybredne opinie o moim zdrowiu psychicznym. Słyszę jak moja starsza córka stwierdza, że skoro tata tam będzie mieszkał, to ona też i ucina dyskusję. Nikt nie protestuje i już po chwili dołącza do mnie panna Laura wydając z siebie okrzyki świadczące niezbicie o tym, że bardzo jej się tu podoba, a mieszkanie w dziurze wydaje jej się być świetnym pomysłem. W pewnym momencie stwierdzam, że ktoś jeszcze usiłuje się dostać do naszej samotni - to ciotka! Sapiąc i stękając spuszcza się po linie w dół i zapowiada, że ona też tu będzie mieszkać i nie ma możliwości, żeby jej ktoś w tym przeszkodził. Wyrażam lekkie powątpiewanie, czy jest aby pewna tego, że chce się gnieść ze mną w tym jednym łóżku, ale jej to jakoś nie przeszkadza.
Słyszę jak moja żona woła z góry, że skoro odbiło nam i chcemy mieszkać w dziurze, to żebyśmy sobie tam mieszkali, ale ona żarcia na linie spuszczać nam nie będzie. Budzę się w tym miejscu.
drugi...
Jestem w parku z moimi córkami. To cudownie rozbudowany park rekreacyjny. Mnóstwo ścieżek, dróżek, rzeczek a nad nimi mostków, jakieś stawki i króciutkie mola. Naprawdę bardzo, ale to bardzo ładnie. Właśnie dzień zmierza ku końcowi. Słońce obniżyło się tuż nad horyzont i świeci ciepłą, żółtą barwą. Te promienie zachodzącego słońca sprawiają, iż park wygląda zupełnie bajecznie. Z przykrością stwierdzam, że nie mam aparatu, gdyż to grzech nie pstryknąć kilku portrecików przy takim oświetleniu. Spacerujemy sobie i wcale nie spieszno nam do domu. Dziewczynki bawią się ze sobą - biegają, śmieją się i jak zwykle starsza dokucza młodszej, a ta wścieka się ile tylko wlezie. Zupełnie nie ingeruję w te psoty. Postrzegam je jako zabawne, a nie nieprzyjemne, czy niegrzeczne. Dzieci dokazują a ja sobie idę w tym zalanym słońcem parku.
W pewnym momencie słońce zachodzi. Robi się coraz ciemniej i ciemniej. Pytam dziewczynek, czy chcą iść do domu, ale bardzo ostro przeczą. Cóż, skoro nie chcą wracać, to zostajemy na noc w parku. Idąc tak powoli przed siebie zupełnie bez celu natknąłem się na kolejkę linową. Ot, takie ławeczki zawieszone na linach rozciągniętych niezbyt wysoko nad ziemią. Dziewczynki wskakują na siedzenie, a ja staję za nimi i łapię rękami za oparcie. Kolejka rusza. Zaczyna się wznosić w górę, a ja wiszę z tyłu trzymając się oparcia. Przejeżdżamy nad jakimś dość sporym oczkiem wodnym. Kolejka w tym miejscu lekko opada, a ja niemalże mogę dotknąć nogami powierzchni wody. Wygląda jakbym szedł po wodzie. Z naprzeciwka nadjeżdża krzesełko, na którym siedzi jakaś starsza pani. Widząc mnie i mój spacer po wodzie krzyczy do mnie: "Przestań szydzić z Jezusa ty mały sukinsynu!" Odkrzykuję coś do niej żartobliwie, ale ona już zdążyła się obrazić i nie zwraca na mnie uwagi. Po chwili kolejka zwalnia i zatrzymuje się pozwalając nam wysiąść na drugim brzegu. Nieopodal znajduje się zagajnik. Dziewczynki biegną co sił w nogach (młodsza rzecz jasna przegrywa ten wyścik i znowu pomstuje co niemiara na swoją siostrę) aby dopaść drzew. Wspinają się na nie. Uśmiecham się do siebie i stwierdzam - Małpi Gaj. Po chwili zdaję sobie sprawę, że zrobiło się jeszcze ciemniej. Coś mi mówi, że nie powinniśmy tu się rozgaszczać na dłużej - za chwilę mogą pojawić się tutaj... gangi. Udajemy się w kierunku zadaszonego składu łódek, które w dzień można wynajmować, aby powiosłować sobie po jeziorkach. Okazuje się, że jednak z łódeczek nie została przywiązana łańcuchem do pozostałych - możemy ją wziąć. Dziewczynki jeszcze bardziej podniecają się perspektywą nocnej przejażdżki po tafli jeziorka. Wypływamy na środek i... sen się kończy. Szkoda.
trzeci...
Pracuję w... młynie żelaza. Moim zadaniem jest ładowanie żelaznych ścinek do prasy, która zgniata je w kostkę, a następnie kieruje na taśmociąg. Co dzieje się z tym żelazem później, nie mam pojęcia. Właśnie widzę siebie jak idę do pracy. Mam na sobie robocze ubranie i specjalne buty z żelaznymi noskami. Idę jakąś łąką. Powoli mijam szklarnie, które znajdują się po mojej lewej stronie. Skręcam za róg jednej z nich, kierując się na ubitą, ziemistą ścieżkę biegnącą między szklarniami. W pewnym momencie widzę, że drogę przebiega mi... Dingo! Dostrzega mnie i staje wprost przede mną. Warczy na mnie obnażając ogromne kły. To młoda samica. Dociera do mnie, że muszę z nią walczyć, bo w przeciwnym razie mogę zginąć w tej konfrontacji. Atakuję pierwszy. Rzucam się na nią i gryzę ją w skórę na szyi. Gryzę tak mocno, że czuję jak trzeszczą mi zęby. W pewnym momencie pies daje za wygraną. Czuję, że zaczyna się wyrywać. Jeśli puszczę ją teraz, to odbiegnie kawałek, wróci i dokończy dzieła. Łapię zębami w innym miejscu i zaciskam szczęki jeszcze mocniej. Słyszę jak pies skowyczy z bólu. No tak, teraz już ucieknie na dobre. Puszczam ją plując wyrwaną sierścią, a przede wszystkim usiłując się pozbyć tego koszmarnego smaku z ust. Docieram w końcu do pracy i zaczynam ładować łopatą żelazne ścinki do prasy. Na tym upływa mi reszta snu - ładuję i ładuję. Budzę się wściekle zmęczony.
