Sen o fioletowej owieczce.

30-09-2004, Melbourne

Sen o fioletowej owieczce.

Sen zaczyna się w chwili, kiedy skończyłem strzyc... owieczkę. Ostrzyżoną puściłem wolno, aby mogła spokojnie paść się i odreagować stres, jaki wywołał proces strzyżenia. Widzę jak owieczka odbiega ode mnie na bezpieczną odległość i zaczyna spokojnie skubać trawę. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zbieram wełnę i paskuję ją w taką wielką płachtę materii, którą ostatecznie wiążę na kształt tobołka i gdzieś wynoszę.

Teraz we śnie następuje przeskok. Stoję przed domem i obserwuję pasącą się owieczkę, która... zmieniła kolor! Jest jakaś fioletowawo-niebieska. Zaczynam się niepokoić, bo owieczka powinna być zupełnie innego koloru, a ona z minuty na minutę ciemnieje coraz bardziej... W pewnym momencie podchodzi do mnie K. [ten sam, który towarzyszył mi w wyprawie na lodowiec] i mówi, że nie możemy tak stać i trzeba iść do jego znajomej, która na pewno będzie umiała coś poradzić.

Idziemy więc do tej jego znajomej. Jakaś nieprzyjemna dzielnica. Odrapane domy przydają jej niesamowitego i nieprzyjemnego wyglądu. Wchodzimy do jednej z kamienic. Droga po schodach w górę mija nam dość szybko. Dzwonek. Zgrzytnięcie otwieranego zamka. Otwierają się drzwi.

W drzwiach stoi dziewczyna, której w rzeczywistości nigdy na oczy nie widziałem, ale we śnie znam ją bardzo dobrze. To właśnie wspomniana wcześniej znajoma K. Stoi w samym szlafroku. Potargane włosy i wymięta twarz wskazuje, że wyjęliśmy ją co dopiero z łóżka. K. wyłuszcza jej pokrótce cel naszej wizyty, a ona zaprasza nas do środka. W mieszkaniu panuje potworny bałagan! Wygląda jakby dopiero się wprowadziła, a może właśnie się wyprowadza. Wiele rzeczy znajduje się w kartonowych pudłach. Podłoga jest tak brudna, że buty lepią się do niej. Ściany odrapane tęsknią za świeżą farbą. Podsumowując - panienka mieszka w kompletnej ruinie.

Proponuje nam spocząć na jakichś taboretach, ale są tak brudne i oblepione jakąś lepką mazią, że nie mam odwagi na nich usiąść. Stoimy i czekamy, a dziewczę szuka czegoś w pudłach. W końcu znajduje jakąś tubkę z maścią i podaje mi tłumacząc, że moja owieczka pozbawiona wełny po prostu opala się na słońcu i stąd ta zmiana w kolorze. Maść w tubce to po prostu filtr przeciwsłoneczny specjalnie produkowany na użytek owiec. Mam posmarować tym mazidłem swoje zwierzątko i powinno pomóc. Wychodzimy z mieszkania z prawdziwą ulgą. Długo jeszcze nie mogę pozbyć się smrodu tamtego mieszkania. Jestem nim przesiąknięty. W dłoni trzymam tubkę z maścią i wmawiam sobie, że dla samej tej maści warto było złożyć wizytę w tym mieszkaniu.

Sen znowu przeskakuje i teraz widzę siebie jak pracowicie nakładam maziugę na owieczkę. Maść śmierdzi tak koszmarnie, że aż zatyka! Mam wrażenie, że za chwilę zdechniemy oboje - ja i moja pacjentka. Po chwili jednak widzę, że specyfik zaczyna działać. Fioletowy kolor skóry zaczyna jakby blednąć. Budzę się w tym miejscu.

Powrót...