Sen o mgle w lesie.

21-09-2004, Melbourne

Sen o mgle w lesie.

Wybieram się z wizytą do swojego znajomego A. W rzeczywistości człowiek ten mieszka kilka kilometrów miejsca mojego zamieszkania. We śnie muszę jednak podróżować do niego bardzo długo przez jakiś stary bór. Drzewa są wielkie. Mijam pnie, omszałe kamienie, jakieś strumienie i potoki. Bardzo daleka to wyprawa. Ciągle pobrzmiewa w mojej głowie nasza rozmowa telefoniczna, podczas której dał mi dokładne wskazówki odnośnie drogi, którą muszę przejść. Powiedział mi, że mieszka na skraju lasu i żadnych niespodzianek nie powinienem się po drodze spodziewać. Idę zatem przed siebie podziwiając piękno lasu. To bardzo stary bór. Gigantyczne drzewa zdążyły już zagłuszyć inne rośliny i runo jest tu bardzo ubogie. Nie ma małych drzewek, ani nawet drobnych krzaczków. Ot - stary bór. Pomiędzy gigantycznymi konarami prześwitują słoneczne promienie, które jeszcze bardziej umilają moją wędrówkę. Bardzo mi się tu podoba i z zachwytem podążam przed siebie.

Moja wędrówka trwa dość długo i powoli w lesie robi się ciemno. Podejrzewam, że jestem już bardzo blisko celu i zupełnie mnie to nie przeraża, że za chwilkę zostanę sam na sam z mrokiem tego boru. Nie denerwuję się i nie przyspieszam kroku.

Po kilku chwilach docieram jednak nad... gigantyczne jezioro, które rozpościera się przede mną tonąc w oddali we mgle. Rozglądam się, ale nie widzę nigdzie drogi. Nie ma możliwości obejść tego jeziora - jest bowiem nazbyt szeroko rozlane. Przyglądam się powierzchni. Jest spokojna, osnuta wieczorną mgłą. Kiedy wpatrzę się pilnie w jakiś punkt, jestem w stanie dostrzec pnie drzew i kamienie znajdujące się pod wodą. Jest dość ciemno, więc te obserwacje wymagają ode mnie sporego wysiłku. No tak... Tu skończy się moja podróż, bo przecież nie wiem gdzie mam iść dalej. Przepłynąć tego jeziora nie mogę, a podejmować spacer jego brzegiem mija się z celem. Zaczynam nawet pomstować pod nosem na A., który dał mi niewystarczające wskazówki. Siadam pod jakimś ogromnym dębem i... zasypiam. Budzą mnie jakieś krzyki. Ktoś mnie woła.

Otwieram oczy i ze zdziwieniem stwierdzam, że jest rano. Słońce śle swoje promienie prosto w moją twarz. Rozglądam się wokół. Żadnego jeziora nie ma! W miejscu gdzie było jeszcze wczoraj wieczorem znajduje się dalsza część lasu, ale teren tam opada tworząc nieckę, czy może depresję. Głos wołający mnie zbliża się coraz bardziej.

Jestem zdziwiony idealnie! Nie mogę wprost uwierzyć, że całe, potężne jezioro wyparowało. Jak to możliwe??? Wtem dostrzegam A., który idzie w moją stronę. "Gdzieś ty się plątał całą noc? Miałeś być wieczorem! Dzwoniłem do ciebie, ale powiedzieli, że już wyszedłeś. Szukam cię od rana." Mówię mu, że nie mogłem kontynuować swojej wędrówki, bo wczoraj tu było wielkie jezioro. A. patrzy na mnie zdziwiony i w końcu stwierdza ze złością: "Szlag mnie trafi z tym lasem! To już czwarty raz, kiedy to robi!" Usiłuję się dowiedzieć co las takiego robi. A. rozpoczyna opowieść o tym, że w dokładnie w tym miejscu, w którym wczoraj zatrzymało mnie jezioro jest swoiste zagłębienie terenu, w którym czasami zbiera się mgła. Jednak jest to mgła co najmniej dziwna. Różni ludzie widzą w niej różne rzeczy. Razu pewnego jego przyjaciel spędził (podobnie jak ja) całą noc w lesie, gdyż ubzdurało mu się, że rozciąga się przed nim... niezmierzona pustynia. Obawiał się wejść na pustynię, więc spał w lesie. Inna jego znajoma widziała wieczorową porą wielkie mury zamczyska i tak bardzo wystraszyła się tego miejsca, że uciekła w popłochu. A. twierdzi, że wielokrotnie zostawiał przybitą do jednego z drzew tabliczkę z ostrzeżeniem dla swoich gości, ale każda została przez kogoś zdjęta.

W tym miejscu budzę się.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...