Panna młoda na himalajskim odludziu.
04-09-2004, Melbourne
Panna młoda na himalajskim odludziu.
Zaczynam śnić (pamiętać?) od miejsca, kiedy idę w góry. Gdzieś w dole zostało miasto. Przede mną pojawiają się jakieś pola, pasą się krowy. Nie jestem sam. Towarzyszy mi jakiś młody człowiek oraz przewodnik. Przewodnik to niewysoki ciemnoskóry (ale nie murzyn - raczej jakiś hindus) człowieczyna. Jest stary, zgarbiony, odziany w jasne płócienne ubranie. Na głowie niesie kapelusz z jasnego materiału. Kapelusz ma wielkie rondo, które rzuca cień na jego twarz. Podpiera się kijem, który spełnia rolę podróżniczej laski. Człowieczyna cały czas opowiada.
Mijamy obszar pastwisk i wychodzimy wyżej. Robi się chłodniej. Naokoło żyzne pola uprawne zamieniły się w nieużytki, a później płynnie w gołą skałę. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że jestem w... Himalajach. Idziemy ciągle przed siebie. Człowieczek, który jest naszym przewodnikiem cały czas opowiada. Mówi o cudach natury, o himalajskiej przyrodzie, o zwyczajach, o wszystkim. Mówi pięknie. To urodzony krasomówca. Słucham go z otwartą gębą. Używa pięknego, barwnego języka. To typ gawędziarza, którego można słuchać godzinami i zapomnieć o wszystkim. Ma tak wielki zasób słów, że nie mogę wyjść z podziwu. Idziemy tak sobie i idziemy, a on ciągle mówi. W końcu przerywam mu nieśmiało i pytam, kim był zanim został przewodnikiem. Sugeruję, że pewnie wykładał na jakiejś uczelni etnologię albo coś z tych rzeczy. On obraca się do mnie, patrzy bardzo życzliwie w moje oczy (do tej pory pamiętam to jego ciepłe spojrzenie - takie, że aż cudne ciepło rozlewa się po sercu) i odpowiada: "Ależ skąd przyjacielu - byłem grabarzem". Wyrażam głośne zdumienie i niewiarę. On się uśmiecha i mówi: "Ależ naprawdę byłem grabarzem, ale ludzie przestali umierać i musiałem poszukać sobie innego zajęcia. Okazuje się, że jestem w tym dobry." Uśmiecha się jeszcze raz i wraca do swojej gawędy.
Słucham go dalej i nawet nie przychodzi mi do głowy, że nie mam zielonego pojęcia dokąd zmierzamy.
Powoli kamienna równina zaczyna się wznosić i po kilkudziesięciu metrach znowu się wyrównuje. Wchodzimy na pustkowie, gdzie pomiędzy skałami wyrasta trochę trawy. Jest spalona słońcem i przypomina zeschłe siano. Żyje jednak, bo wśród tych żółtych kłosów znajduje się kilka zielonych pędów.
Wtem zatrzymujemy się jak wryci. Przed nami bowiem widzimy ludzi. Bardzo duży tłum. Przypominają cygański tabor. Kolorowo! Kobiety w cudnych, kolorowych Sari. Jest jak w bajce. Nie mogę wprost oderwać oczu. Wozy wiozące jakieś płótna, kosze, cuda - wszystko przybrane kwiatami. Podchodzimy bliżej. Okazuje się, że to Panna Młoda zmierza do swojego lubego wraz z wianem, otoczona ślubnym orszakiem. Nasz opiekun odciąga nas na bok i mówi, że teraz będziemy musieli pomóc im się rozpakować. Wyrażam swoje zdziwienie, że toż to są dzikie i bezludne obszary - po jaką cholerę ona chce to wszystko tu wyładować. On mówi, że właśnie taki jest zwyczaj. Do niej teraz musi dojechać jej luby i odebrać to wszystko, co ona mu daruje razem z sobą.
No cóż, zrzucamy plecaki i przystępujemy do pracy. Nagle zdaję sobie sprawę, że na jej orszak składają się same kobiety. Nie ma ani jednego konia, ani innego jucznego zwierza - one cały ten dobytek wypchały tu siłą własnych mięśni. Jesteśmy jedynymi mężczyznami wśród tej "hordy" kobiet.
Zdejmujemy z wozów ciężkie kosze wypchane po brzegi różnymi rzeczami. Są wśród nich suknie, pościel, koce, maty - słowem wszystko to, co może taka młoda dziewczyna wnieść do swojego małżeństwa. Cały czas obserwuję te wszystkie kobiety - są cudownie przyodziane. Jedne mają zasłonięte twarze, inne nie. Wszystkie mają na sobie Sari. Jest pięknie. Wściekle kolorowo. Tak kolorowo, że aż oczy bolą od tych jaskrawości, cekinów etc...
Budzę się. Nie wiem, czy luby dojechał i odebrał te dary, ale nawet po obudzeniu nie opuszcza mnie wrażenie piękna i jakiejś nadziei.
