Sen o lodowcu.

30-08-2004, Melbourne

Sen o lodowcu.

Całą noc mnie męczył pewien, notorycznie powracający sen. Budziłem się z niego i zasypiałem z powrotem wracając w to samo miejsce. Sen intrygujący, choć męczący...

Razem z K. (którego znam w rzeczywistości, ale od kilku już lat nie mamy ze sobą kontaktu) wyjechaliśmy w podróż. Celem tej podróży był jakiś wielki lodowiec. Sen zaczyna się, kiedy spacerujemy po powierzchni tej bryły lodu i oglądamy z zaciekawieniem formy, które przybrał. W pewnym momencie zauważam zespół siedmiu otworów. Podchodzimy bliżej. Otwory przypominają wielkie studnie, w których płynie woda. Lodowiec zdaje się świecić własnym światłem i kiedy zagląda się w głąb tych studni, pozwala zajrzeć bardzo głęboko w swoje wnętrze. Jedne studnie są pionowe, inne zaś tworzą skośne tunele. Każda studnia jest inna. Każda na swój niepowtarzalny sposób hipnotyzująca.

W pewnym momencie poślizgnąłem się i runąłem wprost w dziurę! Zaczynam spadać z koszmarną wprost prędkością. Czuję opływającą mnie wokół lodowatą wodę. Mknę pogrążając się w coraz głębszej czerni. Światło, którym promienieje lodowiec jakby gaśnie wraz z głębokością. Kiedy zalewa mnie atramentowa czerń, coś dziwnego dzieje się ze mną... Otóż mój mózg zaczyna produkować obrazy. Kolorowe wizje porywają mnie swoją intensywnością. Przed moimi oczami przelatują w potworną prędkością obrazy z dzieciństwa, a wszystko unurzane w intensywnych odcieniach czerwieni.

Czuję, że nadal mknę tunelem. Ciągle czuję zimną wodę, która teraz dla odmiany przestaje być nieprzyjemna. Czuję, że tracę przytomność... Umysł porwany w wirujące czerwone obrazy zupełnie mnie opuszcza. Powoli otwieram oczy. Leżę w łóżku. Nade mną stoi K. Patrzy na mnie i mówi, że kiedy wpadłem w rozpadlinę, wrócił do domu uważając, że dokonałem żywota na dnie lodowca. Jakież było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że śpię we własnym łóżku! Opowiadam mu co dokładnie się ze mną stało, kiedy zniknąłem w studni, ale nie chce mi wierzyć. Nalegam, żeby udał się ze mną jeszcze raz na szczyt lodowca i sam spróbował odbyć tę niesamowitą podróż do jego środka.

Znowu stoję nad czeluścią, która połknęła mnie poprzednio. Tym razem podchodzę do innej i rzucam się do środka. Podobne uczucie pędu. Lodowato zimna woda. Bardzo to nieprzyjemne, jednak po chwili, kiedy fosforyzujące światło gaśnie, znowu mój mózg opanowują wirujące obrazy. Teraz dla odmiany w intensywnych fioletach. Pojawiają się jakieś kościoły, jakieś wiece czy pochody. Nie dostrzegam w tych obrazach siebie, tak jak miało to miejsce, kiedy zanurzony byłem w czerwieniach. Znowu czuję, że chyba tracę przytomność. Kiedy ją odzyskuję, widzę K. jeszcze bardziej zaskoczonego niż poprzednio, który stoi nade mną, a ja znowu znajduję się w swoim własnym łóżku.

Mówię mu, że to jest cudowne przeżycie i że powinien spróbować, ale on patrzy na mnie i bez słowa kiwa przecząco głową. Jestem przekonany, że jeśli wpadnę w kolejną studnię, to zaleją mnie obrazy unurzane w zupełnie innych barwach. Proszę kolegę, żeby towarzyszył mi w wyprawie na nasz tajemniczy lodowiec, ale odmawia tym razem.

Wybieram się zatem sam. Znowu stoję nad tymi siedmioma otworami i zastanawiam się, w który powinienem wskoczyć, jednak teraz budzę się na dobre.

Powrót...