Sen o skalnym grobowcu.
14-05-2004, Melbourne
Sen o skalnym grobowcu.
Zwiedzałem razem z A. jakieś dawne miejsce kultu. Mzimu raczy wiedzieć, co to za religia być mogła. Była to wykuta w skale jaskinia nieprawdopodobnej wprost wielkości. W zasadzie nie tyle wielkość ogólna imponowała, ale wysokość na jakiej znajdowało się sklepienie. Było nieprzytomnie wysoko nad nami. Jaskinia była słabo oświetlona za pomocą jakichś łuczyw, czy innych tego typu wynalazków. Uczucia jakie dominowały we śnie można by określić jako nieprzyjemne. Nie o skrajnym nasileniu, ale powiedzmy 8 w dziesięciostopniowej skali. Na samym środku tej jaskini znajdował się potężny masyw skalny. Taka gigantyczna góra ścięta na samym końcu płasko jak nożem. Innymi słowy, przypominała gigantyczny stożek ścięty równolegle do podstawy. Dookoła tej góry znajdowała się spiralna dróżka prowadząca na szczyt. Zaczęliśmy się wspinać do góry obserwując ściany pokryte przeróżnymi inskrypcjami w dawno zapomnianym języku. Kiedy doszliśmy na sam szczyt, naszym oczom ukazał się koszmarek. Otóż, na tej ściętej płaszczyźnie znajdowało się szereg wydrążonych niszy. Takich wgłębień niczym podłużne misy. W każdej takiej misie znajdowało się ciało. Były to ciała dzieci w różnym wieku. Całkiem małe niemowlęce trupki oraz takie kilkunastoletnie. Ciała zachowały się w różnym dobrym stanie. Większość wyschła przypominając mumie, inne były rozłożone tak bardzo, że zostały tylko szkielety. Oglądaliśmy ten widok przez dłuższą chwilę. W końcu pierwsza odezwała się A. Stwierdziła, że nie możemy tego tak zostawić i powinniśmy je pogrzebać w jakiś normalny sposób. Nie zaprotestowałem, bo wydało mi się to z jakichś powodów słuszne. Zaczęliśmy odrywać przyschnięte do niszy trupki. Wtedy wywołało to we mnie obrzydzenie, teraz mam porównanie - coś jak odrywanie rozjechanej i wyschłej żaby od asfaltu.
Pracowaliśmy dość pilnie. Zwłok było kilkanaście. Niektóre, mniejsze można było znosić po kilka. Inne wymagały troskliwszego i bardziej indywidualnego potraktowania. Trupy znosiliśmy na dół wzdłuż tej spiralnej ścieżki i grzebaliśmy je w płytkich grobach u podnóża tego masywu. Zaproponowałem, żeby układać je w tej samej kolejności, w której znajdowały się na górze i tak właśnie robiliśmy. Kiedy odrywałem ostatniego nieszczęśnika, okazało się, że na dnie niszy znajdują się inskrypcje, które jako żywo przypominają imiona jakie nosili za życia właściciele powłok. Przepisałem je na grobach, które przygotowaliśmy na dole. Sen się kończy.
