Morderca wieczorową porą.

10-05-2004, Melbourne

Morderca wieczorową porą.

Pracuję w jakiejś restauracji, która przypomina trochę lepszą spelunę w koszmarnej dzielnicy. Jest późny wieczór. Gości niewielu. Powoli zapada mrok i zaczyna robić się bardzo nieprzyjemnie. Jednym z naszych klientów jest młoda kobieta, która właśnie kończy swój posiłek i zaczyna nerwowo spoglądać na zegarek. Obserwuję to z kąta sali. W pewnym momencie podchodzi do mnie mój szef i prosi mnie na stronę. Chwilę rozmawiamy. Szef prosi, żebym odprowadził tę młodą damę do domu, gdyż okolica niespokojna. Zgadzam się, choć niespiesznie. Kobieta bardzo rada ze złożonej jej propozycji odprowadzenia szybko nakłada na siebie płaszcz i wychodzimy. Jest naprawdę nieprzyjemnie. Zimno, ciemno i bardzo wilgotno. Mam skojarzenie z piwnicą. Gdzieniegdzie palą się jakieś lampy, ale te zamiast rozpraszać noc, tylko przydają dramatyzmu sytuacji. Światło odbija się od kałuż, rozświetla wilgotne ściany odrapanych domów. Paskudnie. Idziemy dość szybko pogrążeni w milczeniu. Zimny deszcz siąpi mi za koszulę. Nie mamy parasola.

W pewnym momencie z jednej z bocznych uliczek dobiegają nas dźwięki jakiejś szamotaniny. Później cisza, a po chwili jęk. Ewidentne to sygnały, że ktoś został zaatakowany. Nie można człowieka bez pomocy zostawić. Kobieta zostaje na głównej ulicy, a ja zanurzam się w ciemność bocznej uliczki, aby sprawdzić co się stało i czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Dochodzę do postaci, która leży na ziemi w coraz szybciej rosnącej kałuży krwi. Światło sączące się leniwie z latarni sprawia, że krew lśni jak smoła i jest tak samo czarna. Schylam się i widzę, że to jakiś zupełnie nieznany mi mężczyzna. Już niewiele mogę mu pomóc - umarł pchnięty nożem. Powoli wycofuję się z miejsca zbrodni idąc w kierunku mojej towarzyszki, która została na głównej ulicy. Jestem jeszcze dość daleko od niej, kiedy słyszę jakieś szybkie kroki w oddali. Widzę jak jakiś cień przymyka ulicą. Nagle czuję potworny ból w plecach i padam na bruk. Szybko podnoszę się jednak i biegnę w kierunku kobiety. Przybywam za późno - leży z nożem wbitym w plecy. Usiłuję ją podnieść, ale ręka przechodzi przez jej ciało.... Odwracam się i widzę w oddali siebie leżącego twarzą do ziemi. Wszystko jasne - zostałem zabity. Nagle przypomina mi się, że kobieta opowiadała mi o swojej małej córeczce, która czeka zupełnie sama w ich mieszkanku. Idę pod podany wcześniej adres, cały czas zastanawiając się, co zrobię jako bezcielesny twór.

Po chwili docieram do mieszkania. Dziewczynka wygląda matki stojąc w drzwiach kamienicy. Podchodzę do niej. Wymieniamy spojrzenia. Widzi mnie - to dobrze. Mówię jej co się stało i tłumaczę, że musi pójść ze mną, gdyż nie może sama tu zostać. Dziecko jest spokojne. Może trochę oszołomione, ale spokojne. Idziemy tak w sobie w milczeniu, aż w końcu dochodzimy do jakiegoś mieszkania. We śnie doskonale znam to miejsce, ale w rzeczywistości nigdy wcześniej go nie widziałem. Dziewczynka naciska dzwonek przy drzwiach. Po chwili pojawia się w nich jakaś kobieta, której w rzeczywistości nie znam, ale we śnie moje serce bardzo się ucieszyło na jej widok. Wydaje mi się, że jest dla mnie kimś bliższym niż znajomą. Kobieta wychodzi przed dom, rozgląda się wokół, aż w pewnym momencie wykrzykuje na widok stojącego przed nią dziecka: "Och, jaki śliczny kotek! Choć do domu, na pewno zmarzłeś. Gdzie ty łazisz po nocy? Pewnie się zgubiłeś?". Spoglądam na dziewczynkę i ze zdumieniem stwierdzam, że zamieniła się w małe, białe, przemoknięte kociątko. Moja znajoma bierze na ręce kotka i wnosi go do mieszkania. Idę za nimi niezauważony - znajoma nie widzi mnie. Spoglądam na kotka, ale znowu stoi przede mną ta sama dziewczynka. Kobieta przygrzała dla niej mleko i podaje jej w kolorowym kubeczku. Zupełnie nie zwraca uwagi, że jeszcze przed momentem wniosła do swojego domu kotka, a teraz jest to dziecko. Zachowuje się zupełnie naturalnie, jakby nigdy nic. Dziecko pije łapczywie.

Tutaj fabuła snu drastycznie się komplikuje. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dokładnie co działo się dalej. Wiem tyle, że w ślad za dziewczynką do domu mojej znajomej trafia morderca jej matki. Ja usiłuję dać jakoś znać właścicielce mieszkania, że znajduje się w niebezpieczeństwie, ale nie jestem w stanie. Nikt mnie nie widzi, nawet dziecko, które do niedawna jeszcze widziało mnie, a teraz znowu zamieniło się w kociaka i ciężko jej komunikować to, co chciałbym aby przekazała. Udaje mi się wreszcie dotrzeć do pani domu nastawiając płytę Tom'a Waits'a "Blue Valentine", którą znamy oboje. To chyba jest nawet tzw. "nasza płyta". Kiedy znajoma na chwilę wychodzi z pokoju, ja natychmiast nastawiam wspomnianą muzykę. To daje jej do myślenia i nawet zaczyna podejrzewać moją obecność, bo ze zdziwieniem stwierdza pytająco "Ty tu jesteś?". Ciągle coś nam przeszkadza w nawiązaniu kontaktu.

Sen kończy się w momencie, kiedy ma dojść do konfrontacji z mordercą.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...