Sen o niemowlęcym widmie.
04-09-2003, Melbourne
Sen o niemowlęcym widmie.
Jestem w starej chałupie w Polsce. [W tym domu przyszedłem w rzeczywistości na świat i wychowałem się w nim. Później dom opustoszał i zamieszkały w nim cienie i upiory.] Chałupa ta jednak nie jest tą zwykłą drewnianą chatką, którą znam, ale tym razem przerodziła się w gigantyczne zamczysko! Z zewnątrz dokładnie taka jak w rzeczywistości - odrapana i nieciekawa, ale wewnątrz istny Luwr!
Oto śni mi się, że żyję sobie w tej chałupie i plątam się po jej pokojach. Pokoje jednak to nagie ściany z cegły, beż żadnych ozdób, obrazów, ani nawet nie pomalowane, że już o dywanach, albo chociaż szmacie na podłodze nie wspomnę. Ot, opuszczone zamczysko. Opuszczone setki lat temu. Plątam się po nim bez celu.
To jednak nie koniec. Prześladuje mnie widmo. To widmo noworodka. Może nie takiego zupełnego noworodka, ale niemowlęcia na pewno. Kiedy jestem w jakimś pomieszczeniu, dajmy na to łazience, wiem doskonale, że on jest właśnie w wannie i usiłuje się z niej wydostać, aby przyjść do mnie. Nie mam pojęcia po co chce do mnie przyjść, ale właśnie na tym mu cholernie zależy. Widzę, je, jak usiłuje pokonać brzegi brodziku, to znów walczy ze schodami starając się wyjść po nich na piętro, na które wszedłem chwilkę temu.
Lęk jaki towarzyszy tej wizji jest wprost paraliżujący! Jestem przerażony obecnością tego widma. A może to nie jest widmo? Może to dziecko z krwi i kości?
Eeee... zbyt dobrze sobie radzi, jak na kilkumiesięcznego bachora. Wtem słyszę dzwonek do drzwi. Rozbrzmiewa kurantami w każdym pomieszczeniu mojej twierdzy. Echo odbijane od pustych ścian, pędzące pustymi korytarzami przybiera w pewnej chwili bardzo nieprzyjemną formę kakofonii.
Zaczynam brnąć do drzwi zalany tym hałasem, dudnieniami, pomrukami, odległym biciem dzwonów, wyciem, etc, etc.
Kiedy tak szukam drogi do drzwi wejściowych (są koszmarnie daleko!) przechodzę przez korytarze, które wykrzywiają się, falują, wydłużają się w paranoicznej perspektywie. Pomimo tych wszystkich "atrakcji" docieram do wrót. Najwidoczniej jestem do tego przyzwyczajony. Otwieram drzwi i w drzwiach stoi (najprawdopodobniej) M. Nie jestem co to tego całkowicie pewien.
M. wchodzi do środka, wita się ze mną i dostrzega moje śmiertelne przerażenie. Bardzo szybko dociera do niej, że powodem tego jest prześladujące mnie widmo. Zaczynamy spacerować po mojej samotni. Chodzimy tak i chodzimy, a kilometry korytarzy zostają za nami. Moja percepcja jest nadal wypaczona, korytarze pływają, wyginają się i falują, M. chyba widzi je normalnie i brnie przez nie zdecydowanie szybciej niż ja. Wchodzi do jakiejś łazienki (jednej z setek jakie się tu mieszczą) i znajduje gramolące się widmo.
Pomimo moich protestów, próśb i zaklęć na wszystko co ma jakąś wartość dla mnie, żeby nie ruszała tego niemowlęcego potwora, M. stwierdza, że to przecież tylko dziecko i podchodzi do niego z takim jakimś matczynym ciepłem.
Cofam się jakbym wiedział, że za moment stanie się coś strasznego. Ona jednak bierze na ręce to stworzenie, i zupełnie nie dba o to, że na jego obliczu gości jakiś dziwnie złośliwy uśmieszek, że ma zbyt wyraźne i zbyt ostre rysy twarzy jak na niemowlaka, że ręce nie mają paluszków, ale jakieś szpony...
M. głaszcze potworka i tuli go. Nawet zaczyna śpiewać coś cicho mu do ucha. Lęk, który we mnie mieszka przeradza się w tym momencie w przerażenie! Budzę się zlany potem.
