Katolickie odchudzanie.

26-07-2003, Melbourne

Katolickie odchudzanie.

Szukam w gazecie jakiegoś ogłoszenia, które proponuje odchudzanie. Szukam i szukam, aż w końcu znajduję ofertę kogoś, kto reklamuje się, że wykonuje odchudzanie metodą... katolicką. Udaję się tam z wielkiej wprost ciekawości. Nie podoba mi się już sama gęba tego człowieka. Taki typowy skurczybyk,który całe swoje życie kombinuje i żyje z innych.

Przystępujemy do przedyskutowania metody. Otóż prowadzący, wyośla mi, że kiedy przyjrzeć się Chrystusowi, to facet jest szczupły, a nawet chudy. No i on (specjalista, nie Chrystus) stosuje metodę drogi krzyżowej w celu zgubienia wagi. Ot, najpierw każe mi iść niosąc jakąś drewnianą kłodę. Wlekę tą kłodę z niemałym wysiłkiem, bo ciężka jest jak sam diabeł. W końcu facet zarządza, że teraz będę na tej kłodzie wisiał przez 30 minut. Wiąże mi ręce i nogi do krzyża, a następnie stawia ów krzyż do pionu. Wiszę tak sobie i nawet jest to przyjemne, choć zaczynają mnie boleć ręce. Mija pół godziny - zaczynamy biczowanie. Facet każe mi zdjąć koszulę i stanąć pod ścianą. Ja zajmuję swoje miejsce, a on zaczyna mnie biczować. Boli. Nawet w niektórych miejscach krwawię. W końcu przestaje i już chce przejść do następnej atrakcji, kiedy wyrażam swoją obawę o słuszność samej metody. Cały czas zresztą coś mi się nie zgadza - "odpoczynek" na krzyżu powinien być chyba na końcu? On zaczyna coś kręcić, usiłuje się tłumaczyć, ale w pewnym momencie mówi, że on żadnym tam specjalistą nie jest. W zasadzie chodziło mu tylko o zbijanie kasy i nawet dokładnie całej historii z wieszaniem na krzyżu nie zna. Uznał po prostu, że na taką metodę złapią się katolicy bigici, z których będzie łatwo pociągnąć forsę. Budzę się ze wstrętem.

Powrót...