Sen o brudnej wodzie i pijawkach.
29-06-2003, Melbourne
Sen o brudnej wodzie i pijawkach.
Mój zaprzyjaźniony mechanik naprawiał samochód. Czegoś mu brakowało i nie mógł sobie poradzić. Poprosił mnie, żebym poszedł do miasteczka i przyniósł mu coś, co było niezwykle do tej naprawy potrzebne. Oczywiście nie odmówiłem i jak stałem, tak poszedłem. Dziwne, bo mieszkałem na jakimś odludziu nad rzeką. Do miasteczka musiałem iść całkiem spory kawałek drogi wzdłuż rzeki.
Sen się przerywa, ale za moment śnię dalej...
Już wracam z powrotem do domu. Kupiłem co było potrzebne. Nie mam zielonego pojęcia co to takiego było, ale na pewno miałem to ze sobą. Idę tak sobie i rozmyślam o wszystkim i o niczym, kiedy nagle zdaję sobie sprawę, że nie mam tego, po co poszedłem do miasteczka. Cholera, czuję że ogarnia mnie złość. Siadam na brzegu rzeczki i myślę co tu zrobić. Do miasteczka już mi się nie chce iść, a przecież mechanik nie naprawi samochodu, kiedy nie dostarczę mu tego czegoś...
Wpadam w pewnym momencie na pomysł, że przecież mogę złapać to w rzece! Nie mogę jednak wejść do rzeki, gdyż jestem na szczycie bardzo wysokiego brzegu i nijak nie mogę się dostać do wody. Przypominam sobie, że przecież w górze rzeki jest taka specjalna drabinka i metalowy podest, służący przecież do tego, żeby dostać się do wody.
Idę w tamtym kierunku i faktycznie znajduję metalową drabinkę, której szczeble pozwalają zejść po pionowym brzegu do samej wody. Nie mogę jednak zobaczyć metalowej kładki, którą powinna kończyć się drabinka. Przychodzi mi do głowy, że nie widzę jej, gdyż poziom wody musiał się podnieść i po prostu przykryła ją woda. Schodzę powoli po drabince w dół. Wchodzę do wody. Rzeka jest rwąca i strasznie brudna. To już nie jest mętna woda jaką można znaleźć w rzece, ale bardzo brudna woda. Schodzę niżej ciągle trzymając się drabinki. Czuję, że woda sięga mi już do szyi, a ja ciągle nie mogę wyczuć metalowego podestu pod nogami. Myślę sobie, że trudno - nie ma podestu, to nie ma - nałapię tego co mi potrzebne tak jak stoję. Nie powinienem mieć z tym problemów.
Odwracam się i spoglądam w głąb wody. Widzę jakieś żelastwo. Spostrzegam stary, zardzewiały rower. Myślę sobie, że ludzie to są skończeni kretyni, i najchętniej to powiesiłbym ich na okolicznych drzewach w charakterze karmników dla sępów ("karmnik dla sępów" - dokładnie tak pomyślałem), a tego, co wyrzucił tu rower, to powiesiłbym na najwyższej sośnie.
Zaczynam z trudem i nieukrywanym obrzydzeniem łapać przepływające obok mnie przedmioty. Nie mam zielonego pojęcia co to może być, ale wiem, że są mi niezwykle potrzebne. Łapię jeden za drugim, kiedy nagle spostrzegam, że w moją stronę płyną... pijawki. Wielkie i grube pijawki, które ze wszystkich sił starają się przywrzeć do mojego ciała. Niektórym się udaje. Rzucam w cholerę wyłowione przedmioty i odwracam się w kierunku drabinki, by wyjść na górę. Uderzam się brzydko kolanem o zardzewiały rower. Klnę szpetnie i staram się jak najszybciej wydostać na górę. Czuję, że niektóre z pijawek już dostały się do krwi.
Kiedy wydostaję się na górę zaczynam je nerwowo odrywać od siebie. W kilku miejscach krwawię. Idę wściekły do domu bez istotnych przedmiotów. Wiem doskonale, że nie uda się dziś naprawić samochodu, ale trudno - pieprzę to. Nie chcę już nawet myśleć o wchodzeniu w te brudne odmęty. Na samą myśl dostaję drgawek.
Wychodzę z lasu i z prawdziwą ulgą kładę się na łące. Muszę trochę wyschnąć. Ściągam z siebie mokre rzeczy i rozkładam na nagrzanej trawie, a sam wyciągam się obok. Jest mi bardzo przyjemnie i ciepło. Czuję jednak pewien dyskomfort. Boli mnie kolano, którym uderzyłem o rower, a także piecze mnie stopa. Spoglądam na stopę i widzę, że przyssała się do mnie wielka i gruba pijawka i ssie moją krew spomiędzy palców u nóg. Z obrzydzeniem odrywam ją od siebie. Robi mi się prawie niedobrze. Budzę się.
