Sen o potopie.

24-04-2003, Melbourne

Sen o potopie.

Budzę się w nocy. Słyszę krzyki na ulicach i straszny rumor. Coś się dzieje poważnego, bo zwykle ludzie nie zachowują się w ten sposób. Wszyscy się obudzili. Słyszę jak Ania uspokaja rozbudzone i wystraszone dziewczynki. Widzę jak wchodzi do mojego pokoju żeby mnie obudzić.

Nie śpię już. Wstaję i szybko się ubieram. Senność ustępuje błyskawicznie. Nie wiemy co się dzieje... Wychodzimy na zewnątrz. Z urywanych rozmów jakie słyszę wokół siebie wnioskuję, że jest jakiś problem z naszą górą. Spoglądam w prawo i widzę wielką górę na horyzoncie. Jest doskonale widoczna w świetle księżyca i gwiazd. Nie dziwi mnie to zupełnie. Przyjmuje za coś zupełnie normalnego, że mieszkamy pod górą, choć w rzeczywistości nie ma tutaj żadnej.

Nagle dociera do mnie, że góra w środku jest wypełniona wodą. Znajduje się w jej wnętrzu gigantyczne jezioro z niezmierzoną ilością wody. Dostrzegam jakąś niewielką eksplozję na szczycie góry i widzę jak wylewa się struga wody. Zupełnie jak ze szklanki pełnej wody, której wyszczerbiono rąbek.

Potężna fala spowodowana małą eksplozją na szczycie zmywa kilku ludzi biegnących ulicą. Poczucie zagrożenia, które przed chwilą nie było jeszcze uprzedmiotowione urasta do gigantycznego strachu przed kataklizmem. Krzyczę do sąsiada, żeby brał dziewczynki i gnał do helikoptera, który wylądował nieopodal by ewakuować ludzi. Sasiad słucha bez ociągania się - bierze moją młodszą córkę na ręce i puszcza się pędem w jego maszyny, starsza córka biegnie za nim. My również staramy się dostać do śmigłowca, ale obsługa najpierw zabiera dzieci.

Ratunek odlatuje z dziećmi w środku, a my zostajemy sami wraz z innymi ludźmi. Co chwilkę rzucam wylęknione spojrzenie w kierunku szczytu góry. Właśnie dotarł do nas huk kolejnego wybuchu. Obserwuję wnikliwie, w którą stronę pogna fala wody, by pobiec w drugą stronę i uniknąć śmierci.

Udało się - dosięga nas tylko kilka kropel. Kilka osób jednak źle wybrało drogę ucieczki i giną w nurcie.

Wbiegamy do jakiejś chałupy, która nietypowo jak na australijskie warunki wybudowana jest z cegły. Wbiegamy na pierwsze piętro. Dom jest wypełniony ludźmi, którzy też się starają znaleźć miejsce schronienia. Przywieramy do okna i obserwujemy kolejne wybuchy modląc się (kto jak umie) o to, by nie był to wybuch taki, który zakończy naszą egzystencję. Udaje się - wybuchy są coraz większe, ale woda spływa drogą nie zahaczając o naszą kryjówkę.

W pewnym momencie słyszymy gigantyczny pomruk jakby góra wstała... Pomruk przeradza się w potężną eksplozję. Wybucha pół góry! Teraz wszystko jest już wiadome. To koniec.

Jakieś pary zaczynają kopulować ze sobą chcąc zginąć podczas aktu, inni wrzeszczą potwornie. Poczułem tylko tyle, że Anka chwyta mnie za rękę swoją lodowatą dłonią... Przede mną pojawia się ściana wody niosąca gigantyczne głazy, pnie drzew i wszystko to, co zabrała spływając ogromnym wodospadem z góry. Zdążyłem tylko zastanowić się, czy to boli... Kiedy wyrósł przede mną z kłębiących się odmętów kawał odłamanej skały wielkości ciężarówki i... wszystko ucichło...

Jestem sam w jakimś ciemnym miejscu... Nie wiem co się stało, ale czuję, że poruszam się jakby pływając w powietrzu. Mówię do siebie, że nie jest to znowu takie straszne umrzeć... Nie widzę jeszcze dobrze, ale zaczynam czuć, że nie jestem tu sam. Są też inni. Nie znam nikogo, ale docierają do mnie jakieś głosy, albo lepiej myśli. Ktoś tłumaczy komuś, że to była sprawa polityczna. Pokazuje mapę, na której widnieją Chiny. Tłumaczy, że to wszystko to robota USA, żeby zniszczyć żółtą rasę. To, że przy okazji zahaczyli o Australię to tylko pechowe zrządzenie losu. Słucham jeszcze chwilkę jego politycznego ględzenia, ale nuży mnie ono i postanawiam odpłynąć gdzieś dalej. Zdążyłem pomyśleć jeszcze tylko tyle, że przynajmniej dziewczynki żyją i mają się dobrze. Budzę się.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...