Uciekając przed widmem.

10-12-2002, Melbourne

Uciekając przed widmem.

Śnił mi się dziwny sen. Najpierw byłem w kinie. Oglądałem film Jim'a Jarmush'a. Jakaś nowa produkcja, którą bardzo chciałem zobaczyć. Film był mocny. Jakaś sensacja z dreszczykiem. Oglądałem z zapartym tchem i bardzo mi się podobało. Po projekcji przeszedłem z jakąś grupą ludzi do pomieszczenia, które znajdowało się pod salą kinową. Sala była dość kameralna, więc i ludzi nie było wielu. Okazało się, że to jakaś szatnia szkolna. Jakaś taka bardzo podobna do podstawówki, do której chodziłem. Zebraliśmy się w niej i zaczęliśmy rozmawiać.

Nagle... Jakaś grupka ludzi poderwała się z wrzaskiem i gdzieś pognali, jakby im na ogonach siedziały wszystkie diabły z piekieł. Po chwili przybiegli z drugiej strony i uspokoili się siadając pod ścianami.

Za moment poderwała się inna grupa ludzi i wpadając w dziki wigor pognali z krzykiem tą samą drogą, którą przemierzyli przed chwilką ich poprzednicy. Kiedy wrócili zmęczeni i pokładli się pod ścianami, nagle zaczęło się dziać coś dziwnego ze mną.

Poczułem jakiś straszliwy, przejmujący lęk. Skądś, niewiadomo skąd zaczęły do mnie docierać dziwne pomruki, posapywania i ciężkie kroki. Dźwięki stawały się coraz wyraźniejsze i głośniejsze. Zacząłem się bać. Bać tak bardzo, że rozglądałem się panicznie wokół siebie i ostatkiem sił powstrzymywałem się przed ucieczką. Zauważyłem, że podobnie reaguje kilka innych osób. Nerwowo rozglądają się wokół, a w oczach czai się narastające przerażenie. Zacząłem myśleć bardzo intensywnie. Przecież podobnie reagowali ludzie, którzy pędzili na złamanie karku kilka minut wcześniej. Nic ich nie goniło, ale uciekali w panice. Co jest? Zbiorowa hipnoza? Myślałem tak sobie, kiedy nagle zbierające się we mnie poczucie lęku przelało naczynie, w którym się zbierało.

Zacząłem uciekać przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem. Za mną ruszyła kilkuosobowa grupa podobnie przerażonych. Posapywanie i stękania stały się bardzo realne i bliskie. Tak, to rozjuszony niedźwiedź! Uciekałem i myślałem dalej, że przecież nic mi nie grozi. Nie może mi nic zagrażać i kiedy się odwrócę, nie będzie za mną żadnego niedźwiedzia. Odwróciłem się i faktycznie nie było żadnego fizycznego zagrożenia. Pędziłem właśnie po schodach na drugie piętro szkoły. Po drodze mijałem w wielkim pośpiechu porozwalane ławki i szafki. Na korytarzu panował straszny bałagan. Chciałem się zatrzymać i przerwać ten szaleńczy bieg, ale wówczas jak na zawołanie poziom lęku wzrósł tak bardzo, że zacząłem wrzeszczeć z przerażenia. Uciekałem i uciekałem jednocześnie doskonale wiedząc, że nie jestem w stanie nigdzie uciec przed niedźwiedziem szarżującym w mojej głowie. Dobiegliśmy do końca korytarza i zbiegaliśmy w dół schodów, kiedy nagle lęk zaczął niknąć. Niedźwiedź się zmęczył i zaczął się oddalać.

Powolutku, powolutku przerażające dźwięki słabły. Dobiegliśmy w dół do sali, z której rozpoczęliśmy naszą ucieczkę. Padliśmy zmęczeni pod ścianą. Nie trzeba było czekać długo, żeby sytuacja się powtórzyła. Znowu jakieś nieszczęsne ofiary iluzji pognały przed siebie z wrzaskiem. Potem kolejna grupa i kolejna.

Nagle poczułem się, jakbym stał na torach... Było ciemno, a ja stałem na torach... Nagle poczułem, że tory drżą... Nadjeżdża pociąg... Wokół mnie jest ciemno i nie widzę nic, oprócz torów. Poczucie zagrożenia rośnie. Rośnie i rośnie. Pociąg się zbliża... Nie mogę się zdecydować by skoczyć w bok i umknąć. Zaczynam biec przed siebie ciągle po torach. Szyny po obu stronach mnie drżą coraz bardziej... Biegnę oszalały strachem przed siebie. Znowu po schodach w górę mijając szafki i ławki. Uciekam przed pociągiem. Właśnie dostrzegam światła wyłaniającego się zza zakrętu pociągu. Jest coraz bliżej... Pędzę na oślep korytarzem, ale pociąg jest coraz bliżej... Już mnie dogania.... Dogania mnie, choć wiem, że przecież nie istnieje w rzeczywistości...

Budzę się. Jestem cały mokry i przerażony.

Powrót...