Senne zaślubiny.
08-11-2002, Melbourne
Senne zaślubiny.
Miał być mój ślub z M. Pomimo moich próśb i zaparć M. nalegała tak bardzo na to, żeby cała ceremonia odbyła się w świetle kościelnych jupiterów, że w końcu uległem. Poszliśmy do księdza. Był akurat na cmentarzu, więc tam trzeba było go poszukać.
Chyba jakieś wieczorne nabożeństwo się odbywało, bo wszystkie groby płonęły od zniczy i rzucały ciepłe, drgające światło, które mieszało się ze sobą.
Weszliśmy na teren cmentarza i dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to noc. Niebo było granatowo czarne. Ksiądz siedział w takim dziwnym, naprędce zrobionym konfesjonale pod płotem. Dziwnie wyglądał - świński blondyn z rozbieganymi oczkami. Tajemniczego koloru pewnie przydawał mu blask lampek i zniczy.
Zaczęliśmy z nim rozmawiać, że chcielibyśmy wziąć ślub i czy mógłby się zająć całą resztą. Oczywiście bardzo się ucieszył, szybciutko pozbierał swoje manatki i wyskoczył z tego zbitego z desek pudła, w którym siedział. Kiedy jeszcze się dowiedział, że ja specjalnie po to przyjechałem z Australii, zaczął rozwodzić się, że zna tam jednego księdza, który ma fermę w Dandenong North i bardzo sobie chwali australijskie życie.
Opisywał, jak to facet kiedyś konie hodował, ale ten interes mu nie szedł, bo strasznie go to odciągało od kapłańskich obowiązków i teraz, żeby pogodzić wszystko razem hoduje tylko krowy i sprzedaje mleko. To tak bardzo jak hodowla koni nie zajmuje dobrodzieja i może spokojnie być również księdzem. Rozwodziłby się pewnie jeszcze długo, ale poprosiłem, żebyśmy przeszli do załatwiania spraw, bo jest dość późno i nie powinniśmy tracić czasu. Powiedział, że wobec tego powinniśmy pójść przygotować dokumenty. Skierowaliśmy się do wyjścia.
Kiedy wyszliśmy poza cmentarną bramę zapadły ciemności. M. szła pierwsza, ja jakoś dalej za nią, a księżulo za mną. W pewnym momencie czuję, że ktoś mnie głaszcze po tyłku! No tego było za wiele! Odwróciłem się do klechy i wrzasnąłem doń, żeby zabierał ode mnie swoje parchate łapy, pedał jeden, bo jak mu zamaluję w ten... Sypnąłem całkiem niezłą wiązką przekleństw i wykrzyczałem do niego, co myślę o natrętnych pedałach.
M. była wstrząśnięta. Stała tak i nie wiedziała, co ma powiedzieć. Było jej cholernie niezręcznie, tym bardziej, że dobrodziej nie zaprzeczył jakoby to czynił zakusy na mój zadek. Przyciągnęła mnie do siebie bliżej i szliśmy kilka metrów przed księdzem. Ciągle wypytywała mnie szeptem: "Ale on naprawdę cię obmacywał?", a ja odpowiadałem na tyle głośno, żeby nie mieć wątpliwości, czy drań mnie słyszy: "No przecież ci mówię, że mnie złapał za tyłek, pedał jeden!"
Szliśmy jednak dalej. We śnie wiedziałem, że jest jej przykro, że nie dość, że uległem wbrew sobie jej żądaniom, to jeszcze spotykają mnie w związku z tym dalsze nieprzyjemności. W końcu doszliśmy do miejsca, gdzie miał odbyć się ślub. Była to altanka na wolnym powietrzu.
Tu sen się kończy, żeby za moment powrócić i trwać dalej...
Oto dzień zaślubin. W altance jesteśmy sami. M. w pięknej kremowej sukni. Może ona i biała była, ale znowu był wieczór i znowu płonęło setki świec i to pewnie one rzucały takie żółtawe światło zmieniając kolor jej kreacji. Wyglądała pięknie i zjawiskowo. Była szczęśliwa i wyglądała na taką.
Po chwili wchodzą następni ludzie. Jakiś ministrant, a nawet dwóch zaczyna przygotowywać wszystko do ceremonii. Później wchodzi jakiś upośledzony umysłowo chłopak. Rozpoznaję w nim jakiegoś członka rodziny M. We śnie wydawało mi się, że to jej brat, ale wyglądał zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. M. widząc go podchodzi bliżej, chwilkę rozmawiają, po czym mówi do mnie, że ten drugi co miał być, to nie będzie, bo coś się stało. Znowu zastanawia mnie, że to jakieś daleko nietypowe, że ma być tylko dwóch gości weselnych, ale dla M. jak widzę było to zupełnie normalne i jedynie czym jest niepocieszona, to nieobecnością tego drugiego. No ale ceremonia się zaczyna...
Zagrały organy, które zmyślnie zostały ukryte za obrazem z tyłu. Wchodzi... Wojtyła! A co, jak już, to z rozmachem :-) Jest dużo młodszy niż w chwili obecnej. Uśmiecha się i zauważamy, że na głowie zamiast biretu, ma taką typową australijską czapkę z daszkiem. Mówi do nas, że kocha Australię i właśnie dlatego tu jest, żeby udzielić nam ślubu.
Dopiero teraz zauważam, że mój nachalny, niedoszły kochanek stoi tuż za nim. Wojtyła odwraca się do mnie i mówi scenicznym szeptem: "A tym głupkiem się nie przejmuj - zostanie przeniesiony do innej parafii. Też nie lubię cieplutkich kolesi."
Kiedy M. słyszy te słowa, jest tak zdumiona, jak jeszcze w życiu jej nie widziałem. No ale czas na zaślubiny. Ceremonia się zaczyna. Coś tu jednak nie gra. Pomimo tego, że wszystko jest zgodne z kanonem i w ogóle super, coś mi tu ewidentnie nie gra... Raz po raz organista wpuszcza w patetyczną i podniosłą muzykę jakieś dziwnie skoczne akcenty. To znowu celebrujący mszę Wojtyła zachowuje się co najmniej zagadkowo. Zamiast z nabożną starannością odbierać rekwizyty od ministrantów, każe sobie je rzucać, po czym łapie je w przesadnym wymachem do tyłu. Patrzę na to równie zdziwiony jak panna młoda. Mnie to bawi, ale M. jest tym przedstawieniem kompletnie zbulwersowana.
W końcu przedstawienie dobiega końca. Teraz czas na... prezenty. Okazuje się, że coś się chyba zmieniło od kiedy ja ostatni raz na jakimś ślubie byłem. To panna młoda rozdaje gościom prezenty! Jako że miało być ich dwóch, miała przygotowane dwa prezenty. Jeden to koperta, a w niej 20 dolarów, a drugi to jej zdjęcie w sukni ślubnej (jednak biała).
Zgodnie ze zwyczajem, kiedy jednego gościa nie ma, ten drugi ma prawo losować prezent dla siebie. M. podchodzi do tego upośledzonego chłopaka i wyciąga w jego kierunku ręce z kopertami, przekładając je z ręki do ręki. On łapie w pewnym momencie za jedną z nich i cały szczęśliwy staje się posiadaczem banknotu. M. przypada w udziale własne zdjęcie, które zgodnie z powszechnie przyjętą tradycją, musi przymocować do ubrania. Przypina zdjęcie do sukni za pomocą szpilki.
W tym momencie podchodzi do nas Wojtyła aby złożyć życzenia. Pochyla się, całuje M. w policzek i coś szepcze jej do ucha. Widzę jak narasta w mojej dopiero co poślubionej żonie jeszcze większe wzburzenie. Odchodzi stamtąd ciągnąc mnie za rękę za sobą. Kiedy już wyszliśmy z tej altanki, powiedziała mi: "Przepraszam cię. Myliłam się i to bardzo. Wybaczysz mi?" Odpowiedziałem, że nie ma nawet o czym mówić i zapytałem, co jej szepnął Wojtyła do ucha, a ona na to: "Nawet papież nie będzie się tak wyrażał o moim ojcu!"
Kiedy jednak próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej, obudziłem się.
