Połknięty księżyc.
03-11-2002, Melbourne
Połknięty księżyc.
Śniło mi się, że księżyc świecił w dzień. Wyraźnie było go widać na niebieskim niebie. Sięgnąłem po czarną farbkę i zaczerniłem go. Ot, tak po prostu wyciągnąłem pędzelek w jego kierunku i... pomalowałem na czarno. Potem obserwowałem reakcje ludzi. Byli bardzo zdziwieni, że księżyc zmienił kolor.
Później zauważyłem jakieś ptaszysko, które siedziało na gałęzi i gapiło się tępym ptasim (kurzym może nawet) spojrzeniem na czarny księżyc. W końcu popatrzyło nań tak jakoś dziwniej niż do tej pory i wyciągnęło szyję w jego kierunku, otwarło dziób i... połknęło mój czarny księżyc.
Pożyło, pożuło i wypluło. Widać nie smakowała mu akrylowa farba, której użyłem. Księżyc zawisł ponownie na niebie i znowu stanowił czarną plamę na niebieskim niebie.
W tym momencie dociera do mnie irracjonalność całego tego zdarzenia. Zdaję sobie sprawę, że nic z tych rzeczy nie mogło mieć miejsca, bo przecież księżyc jest wielki, a zmniejsza go jedynie perspektywa. Zarówno ja z moim pędzelkiem, jak i ptaszysko na drzewie wykorzystało tą perspektywę czyniąc z niej rzeczywisty odnośnik. Dociera do mnie to, że to przecież nie może być rzeczywistość, a skoro nie jest to rzeczywistość, to musi to być sen.
Budzę się. Jestem w jakimś łóżku z baldachimem. Baldachim dziwnie niebieskawy jest. Wstaję i ciągle coś mi dalej nie gra. Mam pełną świadomość, że przecież się obudziłem, ale dalej coś jest nie tak... Nagle dochodzi do mnie, że przecież ja ciągle śnię, a cały ten numer z księżycem to był sen we śnie. Tak mnie to zadziwiło, że obudziłem się po raz wtóry. Tym razem już we własnym łóżku.
