List z Chin.
18-09-2002, Melbourne
List z Chin.
Jestem w Chinach. Co za wredne miejsce! Oglądam z jakąś wycieczką coś na kształt szpitala. Dziwny to był szpital, bo w zasadzie ludziom pomagało się w nim, ale na pewno nie w odzyskaniu zdrowia. Był to taki gigantyczny, ustrukturalizowany pałac tortur. Terapia polegała na zadawaniu jak największego bólu kuracjuszom. Łamano ludziom kończyny w stawach, wstrzykiwano im jakieś chemikalia, po których umierali w cierpieniach, czy wieszano ich na hakach. Bardzo nieprzyjemne miejsce. Wycieczka, w której biorę udział, to coś na kształt wycieczek "ku przestrodze" organizowanych przez chiński rząd. Wszyscy oglądali okrucieństwo, ale nikt nie mógł nic zrobić, aby temu zapobiec. Ciekawostką było to, że chyba w tych nieszczęsnych Chinach byłem bardzo długo. Wysyłałem bowiem listy do M., które za każdym razem wracały do mnie z adnotacją, że zostały ocenzurowane przez chiński rząd i nie mogę ich wysyłać. Zawsze podpisywała się pod tymi zwrotkami jakaś urzędniczka o wdzięcznym imieniu Lu. Chyba jednak udało mi się znaleźć obejście tego upierdliwego prawa. Luka polegała na specjalnym adresowaniu przesyłki i wówczas ona dochodziła. Niestety nie dochodziła tam gdzie trzeba. Jedyną osobą, do której dochodziły przesyłki był... P.D. [P.D. był w rzeczywistości moim kumplem ze studiów, z którym nigdy nie utrzymywaliśmy jakichś bliższych kontaktów. Znajomość urwała się po skończeniu nauki. P.D. nigdy też nie śnił mi się ani wcześniej, ani później.]
W dalszej części snu zobaczyłem M. idącą dokądś jedną z krakowskich ulic. Podejrzewam, że była to ulica Gołębia. Szła szybko nie rozglądając się na boki - najpewniej miała do załatwienia jakąś pilną sprawę. Kiedy przemknęła obok jakiegoś domu towarowego, z drzwi tego sklepu wyszedł P.D. Szedł za nią kilkadziesiąt metrów, po czym przyspieszył kroku, dogonił ją, zrównał z nią swój krok i szepnął jej do ucha, że ma list ode mnie. M. zatrzymała się i zapytała go, skąd ma wiedzieć, że on jej nie usiłuje oszukać w jakiś sposób. Odparł scenicznym szeptem, że nie ma czasu na zabawę i jeśli chce się z nim kłócić, to on po prostu wrzuci ten list do kosza i pójdzie sobie w cholerę. Po tych słowach wyjął list z kieszeni, a M. rozpoznała mój charakter pisma na kopercie. Przeprosiła go za swoje podejrzenia i usiedli na jakiejś ławeczce.
W tym momencie zdaję sobie sprawę, że obserwuję ich z jakiejś dziwnej perspektywy. Widzę ich jakby z góry. Dziwi mnie również ta cała konspiracja, w cieniu której odbywa się przekazanie listu. Rozumiem, że w Chinach to normalne, ale żeby w Polsce?
Widzę jak siedzą na ławeczce, a M. bierze kopertę od P.D. Otwiera ją i wyjmuje z wnętrza list... równiutko pocięty na centymetrowe paseczki. Dokładnie takie, jakie wychodzą z niszczarki dokumentów. M. spogląda smutno na kuriera, a on zaczyna jej tłumaczyć, że to jest jedyny sposób, bo w chińskiej ambasadzie jest przekupiony człowiek, który odbiera śmieci z niszczarki i w takiej formie wysyła je dalej. Tłumaczy M., że to jedyny sposób i albo ucieszy ją taka forma korespondencji, albo nie ucieszy jej żadna. Jedyne co jest pewne, to tylko to, że dostaje cały mój list i tylko mój list, więc nie powinno być problemu z poskładaniem go do kupy i odczytaniem. M. zaczyna rozkładać paski na kolanach i usiłuje dopasowywać jeden do drugiego. P.D. sięga po resztę i również próbuje żonglować tymi skrawkami. Coś składa, coś burzy i składa znowu. W pewnym momencie czyta jakiś poskładany fragment i mówi: "Patrz co on tu wypisuje. Nic dziwnego, że ma kłopoty z wysłaniem tego poza Chiny. Zgłupiał do reszty, albo... nie, czekaj, źle mi się poskładało :-)" I pokazuje M. to co mu się poskładało. Ja też ciekawie spoglądam na to, co pokazuje. Zauważam, że cały list pisany jest na maszynie. Dziwne, bo przed momentem widziałem, jak pracują dopasowując do siebie moje zakręcane, ręcznie kaligrafowane ogonki... Ale może dołączyłem do listu jakiś drukowany aneks... Nie wiem. Zdanie, które pokazał P.D. brzmiało: "[...] i z czaszki tego młodego człowieka zrobili coś na kształt butelki, czy kielicha i pili z niej zmrożony mus truskawkowy, a może była to zakrzepła [...]". Tu zdanie się urwało. M. spogląda na P.D., w jej oczach pojawiają się łzy i smutno mówi do niego: "Gdzie on jest? Co to za straszne miejsce? P., proszę, pomóż mi wydostać go stamtąd..."
W tym miejscu się budzę.
