Sen o niechlujnych hokeistach.
12-09-2002, Melbourne
Sen o niechlujnych hokeistach.
Wybrałem się gdzieś w poszukiwaniu źródełka. Byłem sam. Szukałem tego źródełka i szukałem w jakimś lasku, ale niestety nie udało mi się niczego, choćby źródełkopodobnego znaleźć. Już miałem zrezygnować, kiedy znalazłem wejście do jaskini. Wszedłem do środka, co wcale nie było proste, bo otwór był strasznie ciasny. W końcu udało mi się i po chwili znalazłem się wewnątrz dość przestronnej jamy. Było ciemniej niż na zewnątrz, ale nie przeszkadzało mi to doskonale widzieć. Zacząłem szukać źródełka. Myślałem cały czas, że jeśli tu go nie znajdę, to już na pewno nigdzie go nie będzie. Szukałem i szukałem, aż wreszcie znalazłem. Wypływało ze szczeliny w masywie skalnym. Woda wylewała się z takiej szpary i płynęła wyżłobionym (najprawdopodobniej samoistnie) żlebem na skalnym podwyższeniu, po czym rozlewała się na dnie jamy i znikała bóg wie gdzie. Ucieszyłem się tym widokiem jak dziecko. Podbiegłem do źródełka i już chciałem nabrać wody do takiego małego kanistra, który miałem na tą okazję ze sobą, kiedy nagle poczułem czyjąś obecność. Odwróciłem się i zobaczyłem, że za mną stoi chłopiec. Kilkunastoletni wyrostek, który powiedział do mnie: "Na twoim miejscu nie brałbym stąd wody. Wybacz, ale nie życzymy sobie, żebyś stąd brał wodę, więc zabrudziliśmy ją. Nawet bardzo zabrudziliśmy, więc odpuść sobie..." W tym momencie przeleciała mi przez głowę myśl, że pewnie chłopcy nasikali do wody we wcześniejszym jej biegu. Ale jak mieli to zrobić, przecież woda wypływa ze skały? Chłopiec, jakby słysząc moje myśli powiedział: "O nie! Zrobiliśmy coś bardziej paskudnego. Woda faktycznie wypływa ze skały, ale za skałą jest zbiornik, w którym można zrobić wszystko. Czasem się właśnie tak zabawiamy." Tu uśmiechnął się szyderczo. Kolejna moja myśl to taka, że skoro zrobili coś gorszego, to pewnikiem któryś z dowcipnisiów zrobił kupę do tego zbiornika za skalną ścianą i ona sobie tam pływa, zatruwając świeżą wodę. Na to chłopiec znowu się uśmiechnął i bez słowa tym razem popchnął mnie.... kijem hokejowym, który trzymał w ręce, zmuszając mnie, żebym poszedł przed nim jakimś przesmykiem. Poszedłem i znalazłem się w miejscu, o którym mówił chłopiec. Zobaczyłem zbiornik, o którym była mowa przed chwilą. Jednak byłem tak wstrząśnięty widokiem, że aż mnie zatkało. Zbiornik o którym mówił, to wielki basen! Kilkanaście metrów długi i takoż samo szeroki! Pełen wody! To właśnie z niego wylewa się woda, którą chciałem pobrać po drugiej stronie skały. Nagle zobaczyłem innych chłopców, którzy... grali w hokeja na dnie basenu. Gra była dość dziwna i przypominała trochę hokej na trawie - mieli w rękach kije, ale grali nie krążkiem, a gumową piłeczką. Nie jeździli też na łyżwach, ale biegali na własnych nogach. Wszystko odbywało się pod wodą. Biegali tak sprawnie, jakby w ogóle nie czuli oporu wody. No tak, pomyślałem, to to jest to, co zrobili z wodą! Grają w niej w hokeja! No pewnie, że takiej wody pić nie można. Ale i tym razem mój tajemniczy towarzysz uśmiechnął się i pchnął mnie swoim kijem zmuszając mnie, abym szedł dalej. Przeszedłem więc wzdłuż basenu wykutego w skale i zniknąłem za otworem w skale wchodząc do kolejnego pomieszczenia. Były tu jakby pokoje. "Tu mieszkamy." Oznajmił mój przewodnik. "A to, co robimy, kiedy sobie nie życzymy, żeby ktoś pił naszą wodę, to urządzamy sobie porządki." Po czym zademonstrował mi, jak takie porządki wyglądają. Otóż w każdym skalnym pokoju ze ściany wystawał gumowy wąż. Z każdego węża ciekła woda, która spadała na skalną podłogę i dalej płynęła środkiem prowizorycznego pokoju, wyżłobionym rowkiem. Następnie wlewała się do basenu. Sprzątanie polegało na tym, że wodę z węża kierowało się tak, by lała się strumieniem do wszystkich kątów wypłukując wszelki brud jaki tylko się tam zasiedział. Trzeba przyznać, że chłopcy byli bardzo niechlujni i ich sypialnie były brudne wprost niemiłosiernie. Pokoje, do których zaprowadził mnie chłopiec były bardzo skąpo umeblowane. W ogóle to ostatnie słowo nie pasuje do tego, co zobaczyłem. Jakieś sterty starych szmat, które robiły za łóżka, gdzieś tam jakaś kupka kamieni, która udawała stół.
Po tym pokazie zrobiło mi się niedobrze i dziękowałem w duchu komu tylko się dało, że nie zaczerpnąłem tej wody w jaskini. Aczkolwiek pragnienie paliło mnie straszliwe i spojrzałem błagalnie na mojego przewodnika. On, uśmiechnął się delikatnie i podał mi koniec jednego węża, abym nalał z niego wody do swojego kanistra. Czynię to dość chętnie i smakuję, czy woda jest dobra w smaku.
Budzę się w tym miejscu.
