Zwierzęciem być...
04-06-2002, Melbourne
Zwierzęciem być...
Jestem w mieście. To miasto... zwierzaków. Domy takie jak wszędzie, ale architektura dziwnie wypaczona. Nie umiem za bardzo określić co mi się dziwne wydaje w tej architektonicznej rzeczywistości, ale jest w niej coś, co postrzegam jako nienaturalne i nieprzystające do ludzkiej. Może np. to, że niektóre domy są ukośne, inne przypominają jakieś pnącza. Co to znaczy, że domy przypominają pnącza? Wyobraźcie sobie drzewo, wokół którego ktoś oplótł... dom. Tak właśnie to wyglądało. Pomimo tego, że miasto jest mi dziwnie obce, to czuję przynależność do niego. Jestem jego mieszkańcem. Okazuje się, że jestem zwierzęciem takim samym, jak pozostali, ale nie wiem co to za rasa. Mało tego - mam zawód. Jestem... fotografem. Właśnie mój zawód determinuje sposób patrzenia na tą śnioną rzeczywistość. Oto postrzegam ją jako potencjalne plenery fotograficzne. Zatrzymuję się na poszczególnych obrazach, które utkwiły mi bardzo mocno w pamięci. Pnączowy dom to jeden z takich obrazów, inny obraz to okno w jakimś krzywym domu. Okazuje się, że wszyscy w miasteczku są podnieceni, ponieważ z bardzo daleka mają przyjechać w odwiedziny jakaś grupa innych zwierząt, którą mieszkańcy mojego miasta mają gościć. Trwają przygotowania na to przyjęcie. Wszyscy sprzątają, remontują domy, etc... Jestem w grupie, która ma odebrać naszych gości z lotniska. Właśnie jestem na tym lotnisku i czekam na przylot samolotu. Nie czekam długo. Otwierają się drzwi, z których wychodzą nasi goście. Jest to grupa około 30-tu człekokształtnych małp. Podchodzą do nas i witają się bardzo serdecznie. Tu kolejne obrazy zatrzymane niczym kadr filmowy: twarze (pyski?) w najróżniejszych pozach, jedne uśmiechnięte, inne zdziwione. Podczas powitania okazuje się, że oni nie zamierzają zabawić w naszym miasteczku, tylko od razu będą lecieć dalej - do Japonii. Australia (właśnie sobie zdałem sprawę, że jesteśmy w Australii) jest tylko miejscem ich przesiadki. Za jakiś czas mają kolejny samolot i lecą dalej. Pytają mnie, czy jestem fotografem i czy nie zechciałbym lecieć z nimi, bo przyda się im fotograf podczas tej podróży. Zgadzam się skwapliwie. Samolot już czeka, więc wsiadamy na jego pokład. Samolot też dziwny: wyobraźcie sobie wielką, drewnianą, latającą... łódź. Właśnie takim samolotem będziemy lecieć do Japonii. Pytam jak wysoko obiekt unosi się nad ziemią, na co kapitan (wielki nosorożec) odpowiada, że niezbyt - zaledwie kilka, może kilkanaście metrów nad ziemią. Proszę go zatem, żeby przeleciał przez moje miasteczko, bo tam wszyscy bardzo czekali na przylot tej grupy i będą bardzo zawiedzeni, jeśli ci się nie pokażą tam choćby na moment. Pilot ulega i lecimy w kierunku miasteczka. Teraz kilka kolejnych kadrów z sennej rzeczywistości: jakieś wielkie drzewo widziane z góry pod kątem, jakieś kamienie z lotu ptaka, jeziorko z brzegami porośniętymi trzcinami. Wlatujemy do miasteczka. Jego mieszkańcy zaskoczeni widokiem stoją z rozdziawionymi pyskami. Jakieś młode lwiątka usiłują doskoczyć do łodziolotu i prawie im się to udaje. Kolejne kadry: skaczące lwiątka, jakaś piękna tygrysica wyglądająca przez okno... Lecimy dalej. Lot trwa, a ja umilam sobie podróż rozmową z jakimś gościem - wielkim gorylem. Dzieci lecące z nami zaczynają się potwornie nudzić i rozrabiają. Kapitan reaguje natychmiast i bardzo dosadnie upomina dwoje małych szympansów, że albo się uspokoją, albo on ich wysadzi. Kolejna fotka: fałszywy wyraz twarzy nosorożca, kiedy cedzi słowa do dzieci. Lot trwa jednak dalej i zakłóca go jedynie widok żyraf pasących się w oddali, które dostrzegły nasz łodziolot i podbiegły zaglądając do środka i pozdrawiając serdecznie pasażerów. Międzylądowanie. Zatrzymujemy się na chwilkę. Wszyscy wychodzą rozprostować kości. To jednak był błąd. Okazuje się bowiem, że na tym terenie żyje pewne dzikie plemię - krwiożerczych Mucosolvantów (nazwę pamiętam doskonale, bo jest to w rzeczywistości nazwa lekarstwa - Mucosolvan), które napada grupą na zwierzęta. Ot, takie dzikie plemię, jakich pełno na świecie :-) Nie trzeba długo czekać - po chwili jesteśmy zaatakowani. Wszyscy rzucają się do walki. Każdy łapie co tylko wpadnie mu w łapę: kije, kamienie, gałęzie... Tymczasem ja łapię aparat i zaczynam fotografować walczących - taki reportaż z pola boju. Walka jest zaciekła. Krwi leje się sporo, słychać wycia, ujadania, jęki, krzyki i co tam sobie tylko można wyobrazić. Tymczasem ja staram się uchwycić w obiektyw i zamrozić na zdjęciu wyraz twarzy walczących: przerażenie, furię, złość, zaciekłość - wszystko. Trzaskam jedno zdjęcie po drugim. Każde naciśnięcie spustu migawki to chwilowe zatrzymanie sennej rzeczywistości na tyle jednak długie, że zdążam dokładnie przeanalizować zrobione zdjęcie. Twarze Mucosolvan to twarze małp jakby z wcześniejszego etapu rozwoju - nic dziwnego, że dzikie. Bitwa trwa a ja robię zdjęcia. Kiedy udaje się nam odeprzeć atak, nadal robię dziesiątki zdjęć - łapię teraz zmęczenie, ból i radość ze zwycięstwa. Interesują mnie twarze. Tylko twarze. Chyba z kilkaset razy senna rzeczywistość zatrzymała się na moment, żebym mógł prześledzić dokładnie wyrazy twarzy zwierząt wokół mnie. Pamiętam wściekłe czerwone ślepia kapitana-nosorożca i wiele, wiele innych spojrzeń i obrazów. Pakujemy się do łodziolotu i ruszamy w dalszą drogę. Mój towarzysz, z którym rozmawiałem poprzednio śpi zmęczony. Zaczynam się nudzić, więc fotografuję pejzaże. Okolica jest cudowna! Można spokojnie celować i pstrykać zupełnie "olewając" kadrowanie obrazu.
Sen się kończy w tym miejscu, ale wywiera na mnie gigantyczne wprost wrażenie. Był cudnie kolorowy. Treść przekazywana była za pomocą obrazów. Dla mnie - kinestetyka, taka forma odbierania rzeczywistości jest tak daleko niecodzienna, że powaliła mnie na kolana. Sen może jest treściowo durny, ale nie pamiętam, żeby śniło mi się kiedykolwiek coś równie obrazowego.
