Sen o linczu.

23-04-2002, Melbourne

Sen o linczu.

Śni mi się wyspa. Pełno ludzi. W zasadzie bardzo gęsty sen i obfitujący w masę ludzkich istnień plątających się to tu, to tam, bez jakiegokolwiek celu. Wyspą jednak wstrząsnął horror. Otóż pojawiło się na niej jakieś zło. Nie wiedziałem co to za cholera, ale było bardzo realne i... ucieleśnione. Złem był łysy typ w okularach o bardzo krępej budowie ciała. Miał bardzo, ale to bardzo złe oczy. Pojawiał się w różnych miejscach na wysepce i gdzie się zjawił, tam padał na ludzi lęk. Panicznie się go bano. No diabeł, albo jaka inna cholera, którą trzeba izolować i lepiej nie drażnić. Sen jednak się rozwija. Ludzie nie wytrzymują tej napiętej sytuacji lękowej i w imię wyższej racji uśmiercają ucieleśnienie zła. Następuje jednak zabawny problem. Otóż nikt nie jest w stanie zidentyfikować tego trupa. Mało tego - ludzie nie są pewni, czy w ogóle ubito właściwego osobnika. Tu proszą moją żonę żeby zidentyfikowała zewłok. Z jakiegoś powodu ona miała to zrobić najsprawniej. Jestem obecny przy oględzinach trupa. Leży na takim stole do sekcji i jest przykryty prześcieradłem. Ania wchodzi (we śnie nie czułem żadnych emocji, po prostu pojawia się osoba, którą znam i nic więcej), a koroner odsłania prześcieradło. Ukazuje się tak szkaradnie zmaltretowana twarz, że nie można określić nawet płci, a nie tylko czy to właściwa osoba. Widzę, że główny świadek jest również zmieszany - nie umie udzielić odpowiedzi, która byłaby pewna stuprocentowo. Wszyscy jednak zakładają, że to na pewno ten typ. Ale sen nie kończy się jeszcze.

Udaję się na miejsce, gdzie typa pojmano i dokonano na nim mordu. Wszędzie jest krew. Widać ślady walki. Wszystko to ma miejsce nad jakimś jeziorem, na brzegu, którego w błotnistej ziemi zachowały się wszelkie ślady. Chodzę to tu, to tam i oglądam te ślady próbując wyłuskać jakieś informacje w nich zapisane. Wtem dostrzegam takie niewielkie zagłębienie terenu. Taka nisza wypełniona błotem. Coś tam leży na dnie. Z daleka wygląda jak jakaś kłoda drewna, albo zwój starych sponiewieranych i rzuconych do błota szmat. Podchodzę bliżej i teraz widzę doskonale, że to jednak szmaty - jakiś koc. Coś chyba jest w niego okręcone. W ręce mam kij. Dźgam kilkakrotnie w tą stertę materii, by ze zdziwieniem upewnić się, że jednak coś w te szmaty zostało zawinięte. Kucam bliżej i usiłuję rozwinąć tłumok. Odsłaniam jedną krawędź koca i widzę głowę. To człowiek. Myślę, że to jakaś nieszczęsna ofiara linczu, który się tu niedawno odbył. Wydaje mi się, że po prostu nikt nie zauważył, kiedy jeden z oprawców potknął się i wpadł do błota - reszta go po prostu zadeptała. Odsłaniam jednak dalej koc i nagle głowa otwiera swoje oczy. Błyskają białkami spopod tej całej tej bagiennej skorupy. Spoglądam w nie i już widzę, że to jednak pomyłka. Oczy płoną wściekłym białym blaskiem. W mojej głowie eksploduje wizja dramatu, który się tu rozegrał. Ot, wrażenie takie, jakby ktoś wyświetlił film prosto w mojej głowie. Widzę jak ucieka jakiś człowiek, a całą reszta goni go z krzykiem. Jest noc. Niosą pochodnie. Wtem uciekinier porywa koc, który jakby na tą okazję został powieszony na gałęzi. Okręca się nim i rzuca w błotnisty dół. Tłum pędzi wściekły dalej i łapie jakiegoś nieszczęśnika, który nieopatrznie tamtędy przechodził. Teraz już nie widzę wiele - bezkształtna ludzka masa otacza zamiennika swojej ofiary i zabija go. Film w mojej świadomości się kończy, a na plan pierwszy wysuwają się wielkie, łyskające na mnie bielą oczy. Oczy tak pełne nienawiści, i złości, i wszelkiego niewyobrażalnego wprost zła, że budzę się z charakterystycznym zerwaniem. Nie wyszedłem z tego snu miękko, ale zostałem z niego wyrzucony.

Dyszałem, jakbym przebiegł milę pełnym pędem.

Powrót...


Komentarze do tekstu

Powrót...