Groteskowa lekcja.

03-04-2002, Melbourne

Groteskowa lekcja

Licealne czasy. Jedziemy z całą klasą na wycieczkę do Zakopanego. Jest bardzo sympatycznie. Cudowna pogoda! W zasadzie sama podróż nie była istotna i następną sceną jaka się przede mną rozpostarła, to bardzo wysokie i strome zbocze jakiejś góry. W górze tej znajduje się jaskinia. Otwór wejściowy znajduje się mniej więcej w jednej trzeciej wysokości od góry. Istotne jest to, że to bardzo wysoko - kilkadziesiąt metrów. Z otworu wypływa rzeczka i przybierając formę wodospadu spada z tej wysokości na sam dół. Oprócz mojej klasy są tu również inni ludzie, ale oni nie odgrywają żadnej istotnej roli w scenerii. Stanowią jedynie tło. Zaczynamy się wspinać, aby osiągnąć po jakimś czasie wejście do jaskini. Nie jest to bynajmniej takie łatwe. Spróbujcie wspinać się po blisko pionowej ścianie jeszcze w strugach spadającej z wysokości wody. Nie zważając jednak na problemy docieramy do otworu wejściowego i wchodzimy do środka. Jaskinia wewnątrz jest wielka! Gigantyczna! Jest ciemno, ale oczy szybko przyzwyczajają się do mroku i okazuje się, że wewnątrz jaskini jest jezioro. Piękne, wielkie jezioro. Teraz dopiero dowiaduję się, po kiego grzyba właziliśmy na tą górę. Otóż, ma się odbyć tutaj jakieś szkolenie. W zasadzie nawet trudno nazwać to szkoleniem. Otóż jedna z koleżanek (Kasia z LO, ale nazwiska nie pamiętam) ma wygłosić prelekcję. Bardzo szybko rozpoznaję M. pomimo faktu, że "ukryła się" w Kasinym ciele. Oczywiście, że to M., rozpoznaję ją bez problemów, choć naprawdę jej cielesność miała się nijak do teraźniejszej rzeczywistości. Dalsze zdziwienie - wykład jaki ma wygłosić dotyczyć będzie... pozawerbalnej komunikacji w aspekcie poszukiwania pracy. Oto jak wyglądała prelekcja: Wszyscy z mojej klasy zebrali się na brzegu jeziora, M. weszła do niego i zaczęła wykład. Pływała to tu to tam, wykonując szereg niepotrzebnych ruchów (niepotrzebnych do pływania, ale niezmiernie istotnych jeśli chodzi o temat wykładu), które my mieliśmy śledzić z najwyższą uwagą i rozumieć. Każdy jej ruch był bowiem wystudiowanym symbolem, który miała nam przekazać podczas tej cudacznej wodnej lekcji. Kiedy skończyła pływać, wszyscy weszli do jeziora i zaczęli powtarzać jej ruchy. Oczywiście dwa razy nie trzeba było mnie namawiać. Woda w jeziorze była wściekle zimna, ale nie nieprzyjemna - raczej orzeźwiająca i zachęcająca do pracy. Popływaliśmy sobie tak jakiś czas próbując odpamiętać możliwie najwięcej z gestów-symboli jakie nam pokazała. Wyszedłem z wody. Stanąłem razem z kolegami u wyjścia z jaskini na słońcu i grzałem się w jego promieniach. Cały czas dochodził mnie jakiś wołający o pomoc głos. Nie reagowałem jednak, bo dochodził jakby z dołu i chyba nie dotyczył mnie, wszak stałem na skalnej półce kilkadziesiąt metrów nad ziemią :-) Kiedy jednak wzywający pomocy głos przeszedł w rozpaczliwy szloch, zacząłem się rozglądać. Spojrzałem w dół i zobaczyłem młodą dziewczynę, która trzymała się ostatkiem sił jakiegoś skalnego występu wisząc nad przepaścią zaledwie kilkanaście centymetrów od miejsca w którym stałem. Krzyknąłem do kumpla, żeby mnie złapał za rękę, co też bez namysłu uczynił. Ja natomiast sięgnąłem w dół i złapałem dziewczynę za przegub jej słabnącej już ręki. Złapałem mocno i nie bez trudu wciągnąłem ją na górę. Płakała strasznie. Rzuciła mi się w ramiona, wtuliła się i łkała. Trwało to strasznie długo. Starałem się ją uspokoić. Ktoś inny opatrzył jej zakrwawione dłonie. Kiedy się już uspokoiła, spojrzała na mnie napuchniętymi oczami i podziękowała. Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że nie ma o czym mówić. Wtedy zobaczyłem, że stoi za mną M. i przygląda mi się wnikliwie. Podszedłem do niej i jakoś tak naturalnie przytuliłem ją. Wtuliła się we mnie Kasinym ciałem i szepnęła mi do ucha: "...i znów jesteś moim bohaterem," Chciałem jej powiedzieć, że jakieś głupoty opowiada, ale zmieniła się sceneria. Właśnie dojeżdżaliśmy do domu pociągiem. Wszyscy wysiedli już z wagonu. Ja również. Ruszyłem w powrotną drogę do domu. Wtedy podbiegła do mnie ta nieszczęsna dziewczyna, którą wyrwałem niechybnej śmierci z objęć. Podbiegła i jeszcze raz usiłowała mi dziękować. Nie wiem skąd ta informacja, ale wiedziałem teraz, że ma czternaście lat. Uśmiechnąłem się do niej i powiedziałem ciepło: "Uważaj na siebie."

Sen się kończy.

Powrót...